Testowanie z szufladą

IMG_7637Miesiąc temu, miałam przyjemność zostać wybraną przez załogę szuflady do testowania produktów Pasartu. Cieszyłam się chociażby z tego względu, że w zasadzie nie miałam jeszcze okazji pracować z chwostem. Oczywiście nie obyło się bez prucia, jak chociażby wtedy, kiedy zrobiłam wokół chwosta murek z toho treasure, a potem stwierdziłam, że chociaż toho 11/0 nie specjalnie odnajdują się w pyotcie, to przynajmniej kolorystycznie będzie mi się wszystko zgadzać 😀

Największy problem sprawiła mi jednak zawieszka. Najpierw chciałam wkomponować ją w haft koralikowy ozdoby na stopę. Pomysł upadł i myślałam o obrobieniu koła brickiem, ale nierówność wypustek w zawieszce mi to uniemożliwiła. Ogółem – jest to dla mnie najtwardszy orzech do zgryzienia i jednocześnie jedyny element testowania, z którym nadal się mierzę. Sama zawieszka jest solidna i naprawdę ładnie się prezentuję, ale przerosła moje umiejętności. Być może lepiej sprawdziłaby się w sutaszu? Póki co, wykorzystałam już większość elementów i wykonałam dwie prace.

Koraliki natomiast, co nie powinno nikogo zdziwić, usatysfakcjonowały mnie po stokroć 😀 Kolory, tak jak się spodziewałam, były naprawdę śliczne. Najbardziej chyba urzekł mnie róż, który poza paczuszką uzyskuje nieco bardziej mleczny odcień. W połączeniu z fioletowymi koralikami (oba w rozmiarze 8/0) wykonałam ozdobę na stopę, którą na upartego można nosić również na ręce 🙂

IMG_7865

Oprócz wspomnianych, w pracy wykorzystane zostały kaboszony z masy perłowej oraz kilka kolorów toho 11/0 z własnych zbiorów. Dla przymocowania całej pracy na stopie wykorzystałam rzemień, który kilkakrotnie można przewiązać nad kostką. Ogółem – troszkę bałam się stworzenia mniej tradycyjnej biżuterii, nie jest to bowiem kolejny wisior czy bransoleta, ale ostatecznie jestem bardzo zadowolona. Znów spróbowałam czegoś nowego i efekt naprawdę mi się podoba. Myślę o wykonaniu kopii tej pracy, żeby zdobić jednocześnie obie stopy. Liczę na to, że w ciągu kilku dni uda mi się sfotografować pracę w przynależnym jej umiejscowieniu dla lepszego odbioru, a słowo daję – na stopie prezentuję się bardzo oryginalnie. Z pewnością będzie zwracać uwagę ludzi podczas spaceru na plaży 😀

W kolejnej pracy wykorzystałam pasartowe, szare koraliki w rozmiarze 8/0, chwościk oraz rzemień, na którym wisior został zawieszony. Garść spostrzeżeń – chwost, chociaż usilnie starałam się traktować go z dużą dozą ostrożności (nawet murek robiłam z wciąż nałożoną osłonką 😛 ), ostatecznie jego końce zdają się być nierówne. To jednak może być moja wina, ale na pewno nie jest to wielki problem. Prawdopodobnie ostrymi nożyczkami można to łatwo wyrównać, zaś nie zmienia to faktu, że chwościk jest niezwykle przyjemny w dotyku!! Co do rzemienia – bo o koralikach nie będę znowu ochać i achać 😀 ) – pozytywnie mnie zaskoczył. Dla niektórych może się wydawać za cienki, żeby wieszać na nim takie wisiory, ale osobiście jestem zachwycona. Jest bardzo delikatny, a jednocześnie wytrzymały.

Swoją drogą, fotografia tej pracy była prawdziwym koszmarem. Wciąż zbieram się do ponownego obfotografowania, bo chwilowo co najwyżej dwa zdjęcia spełniają moje poczucie estetyki, a i to w stopniu jedynie zadowalającym 😀 Złości mnie to o tyle, że wisiorek naprawdę pięknie prezentuje się na żywo i prawdopodobnie dlatego się z nim nie rozstanę.

Tymczasem, przede mną ukończenie pracy z zawieszką czyli… pot i łzy. Ale jakoś to będzie! Trzymajcie kciuki 😉 Po więcej zdjęć zapraszam na fanpage, gdzie już jutro powinny się pojawić!

Reklamy

Wyzwaniowa motywacja

No nie da się ukryć, że ostatnio troszkę zaniedbałam swoją blogową działalność, ale tak mi się dziwnie to moje „nudne życie układa”, że nieustannie coś się w nim dzieje. Aktualnie jestem po przeprowadzce do stolicy i kupnie szczeniaka, więc raz – trzeba było poczekać aż wszystko relatywnie wróci na swoje tory, dwa – oswoić się z myślą, że przy szczeniaku już nic do końca na swoje tory nie wróci 😀 .

IMG_7162

Z wolnym czasem jest teraz dość krucho. Niby mam go więcej, bo pracuję zdalnie, ale poza tym zajmuje się domem i uprawiam bieganie po schodach z psem (teraz średnio co półtorej godziny, wcześniej co kwadrans 😀 ). No i każda, dłuższa wolna chwila, to chwila przeznaczona dla Doty. Bądź co bądź nie po to bierze się psa, żeby się nudził na kanapie. Szczenię musi się wybiegać! 🙂 .

Ale w trakcie jednej czy drugiej drzemki, kiedy obiad był z góry zaplanowany na dwa dni i wystarczy go odgrzać, a kurze zostały już powycierane… coś tam udało się Avenoth wydziergać. Standardowo, idealnym motorem napędowym mojej pracy są wyzwania, które aż wrzeszczą do mnie z ekranu monitora: „Panna, weź się do roboty!”. No to wzięłam i chwała Szufladzie, bo kilka rzędów koralikami znów przypomniało mi, że może plecy od tego bolą, ale radość z tworzenia jest nad wyraz ogromna.

Dlatego zresztą zgłaszam tę moją no-name’ową pracę, bo jak zresztą pisałam w ostatnim poście – wymyślanie nazw nie jest moją mocną stroną, do czerwcowego, Szufladkowego wyzwania.


Ale, ale, to jeszcze nie koniec! Płynąc na fali zapału, poczyniłam jeszcze jedną pracę! Ot drobnostka. Mała kotwiczka w postaci broszki, która w zasadzie niezmiernie mnie cieszy. Zwłaszcza ten dzyndzelek imitujący związaną linę 😀 .

W tym roku marzył mi się strój kąpielowy z motywem marynistycznym, ale jak moja psia sytuacja dalej będzie się tak jawić, to co najwyżej będę mogła się popluskać w wannie pełnej wody. Dla osłody zatem – broszka. Też dobrze 😀  Ją zaś zgłaszam do cyklu wyzwań „Otwórz Szufladę” pod tytułem: „Kotwica”

Samea

Lubicie wymyślać nazwy dla swoich wyrobów? Osobiście tego nie znoszę, bo zawsze sprawia mi to ogromny kłopot. Zdjęcia robótek grupuję w folderach numerycznych, a później przy każdej publikacji główkuję nad nazwami.

IMG_7223Z jednej strony myślę, że to zbędne. Przecież to biżuteria, która ma zdobić nadgarstek, bądź inną część ciała i nie potrzebuje specjalnej nazwy. Z drugiej strony, każdy taki twór jest niczym moje mniej lub bardziej udane dziecię i wypada nadać im jakieś „imiona”, tak jak książkom nadaje się tytuły.

A piszę o tym dlatego, że i tym razem wymyślenie tytułu było dla mnie utrapieniem. Chcąc sobie ułatwić, postawiłam spróbować ze skojarzeniami. Padły dwa rzuty okiem na bransoletę i zakiełkowała myśl „szmaragd” – bo choć użyłam raptem fasetowanego szkiełka, kolor zbliżony. A jak szmaragd, to emerald… i dalej było już mniej sensownie. Emerald skojarzył mi się35971445_1295022360633187_4283896811636129792_n bowiem z Esmeraldą, a nie chcąc nazwać biżuterii nazwą meksykańskiej telenoweli z lat dziewięćdziesiątych, zaczęłam kombinować. Kilka literek przestawiłam, kilka odjęłam…dodałam cukier, słodkości i inne śliczności (powerpuff girls!), i tak powstała Samea – nazwa idealnie pasująca do… jednej z dżinniji będącej kochanką Asmodeusza! (wybaczcie, wciąż siedzę w cyklu książkowym Kossakowskiej 😀 ).

Tym razem szybko poszła mi robótka. Naprawdę wrócił mi zapał do pracy i cała bransoleta powstała w niespełna 4 dni. Gorsze w tym to, że chcąc naprędce ukończyć dzisiaj murek, nie udało się wybiegać szczeniaka i w momencie pisania tego postu, słowo daję, jest nie-zno-śna :(.

Na ręce prezentuje się bardzo dobrze, ale to też rzecz gustu – osobiście bardzo lubię szerokie bransolety. Swoją drogą, a pisałam o tym na fanpage’u, jedyne co uratowało tę pracę przed pruciem to moje własne lenistwo. W trakcie wyszywania byłam z niej tak wysoce niezadowolona, że gdyby nie trzeba się było bawić w Kopciuszka, wybierając koraliczki, to pewnie robiłabym odzysk 😀

Na szczęście ukończyłam i nawet jestem z niej zadowolona 🙂 . Ps, tuż po publikacji postu jeszcze raz zmieniłam nazwę, ale Salmea jakoś za bardzo kojarzyła mi się z salmonellą 😀 .