Literatura

Pierwsze, recenzenckie podrygi

p5_v2

Znacie to uczucie, kiedy książka Was napastuje? Zerka na Was z witryn księgarni, zaczepia w supermarkecie albo podpatruje nienawistnie, będąc czytaną przez inną parę oczu? Niemal boicie się, że wyskoczy z lodówki, ale i tak wiecie, że nie sposób przed nią uciec.

Dla mnie taką książką była Dziewczyna z pociągu autorstwa Pauli Hawkins. Od kiedy media entuzjastycznie zaatakowały głosząc boskość tej powieści odczuwałam mieszaninę fascynacji z obrzydzeniem. Nastąpiło tu takie „włączamy niskie ceny” tylko, że w wydaniu książkowym. Ale chociaż nie wiem jak ze sprzedażą radzi sobie Media Expert, w tym szaleństwie jest metoda. Chcąc nie chcąc, ziarno zostało zasiane a Dziewczyna z pociągu śledziła mnie odtąd aż do ostatniego święta Bożego Narodzenia.

Uroczo-niezdarnie opakowana książka trafiła w moje łapki nadaniem lubego. Chociaż przed momentem przyrównałam tę książkę do prześladowcy, poczułam się jakbym spotkała starą, dobrą przyjaciółkę. Nawiasem mówiąc, to zabawne jakie emocje może wywołać, de facto, martwy obiekt. Ale faktycznie, tak długo nosiłam się z przeczytaniem tej powieści, że i bez tego czułam jakby dłuższy czas była na wyciągnięcie ręki, jakby stale mi towarzyszyła. No i w końcu się spotkałyśmy. Nareszcie wzięłam ją w dłonie i znów, niczym obuchem po głowie, zdzielono mnie entuzjazmem. Tym razem, i to z samej okładki, o boskości dzieła przekonywał Stephen King. Zazwyczaj sceptycznie podchodzę do takich rekomendacji, ale jak Mistrz Grozy rzecze, tak być musi.

Ze sprawdzeniem czy rzeczywiście nie będę mogła oderwać się od książki przez całą noc musiałam zaczekać. Powieść ta wylądowała jako trzecia w noworocznej kolejce. Nie żeby z rozmysłem, ot takie były plany. Jednak co się odwlecze to nie uciecze i kolej jej nastała, a ja wciąż, po kilku dniach od przeczytania, jestem pełna podziwu. Rzadko czytam thrillery, więc mogę nie być obiektywna, ale ten naprawdę był dobry!

Dziewczyna z pociągu to powieść prowadzona z trzech różnych perspektyw. Główną bohaterką jest Rachel, bezrobotna rozwódka z problemem alkoholowym i zanikami pamięci, która nie do końca radzi sobie obecnym stanem rzeczy. Jest tu także Anna – żona i matka prowadząca pozornie sielankowe życie, ale czy można faktycznie być szczęśliwym śpiąc w łóżku poprzedniej Pani Watson? No i Megan, bohaterka o niemal modelowej urodzie, która owianą tajemnicą ma przeszłość, teraźniejszość a i przyszłe wydarzenia będą wymagać rozwikłania.

Jakkolwiek jednak główną osią fabularną jest zaginięcie młodej kobiety, i związane z tym poszukiwania odpowiedzi, Dziewczyna z pociągu to w dużej mierze powieść o trzech, nieszczęśliwych żywotach. Dodatkowo, historię tę spisano w sposób przywodzący na myśl pamiętnik, co tym bardziej czyni odkrywanie jej wciągającym. Podczas czytania miałam poczucie intymności przekazywanych tam myśli, jak gdyby słuchało się spowiedzi. Bohaterki „zwierzają” się ze wstydliwych emocji, czynów godnych nagany, a jednak pała się do nich sympatią, bo dzięki takiej kreacji wydają się bardziej ludzkie.

Swoją drogą, przed lekturą tej książki spodziewałam się zgoła innych bohaterów. Jakiś czas temu, podczas przeglądania jednego z magazynów o literaturze, przeczytałam o wpisywaniu się tej powieści w pewien nowy nurt. Autorowi chodziło o zabieg w kreacji bohaterów, który opiera się na dobraniu takich cech, aby dana postać nie trafiała specjalnie w gust czytelnika. Owszem, przyznaję, że nie wiem czy w życiu realnym polubiłabym zarzyganą Rachel, wyrachowaną Megan czy Annę, która… jest jaka jest, ale z całą pewnością nie są to postaci złe. To tylko trzy, nieszczęśliwe i nieco egocentryczne kobiety, których życie obrało troszkę zły obrót. Na pewno każdy z nas zna takie osoby. Bohaterki te budziły we mnie raczej współczucie niż niechęć. Ostatecznie zaś uważam, że – abstrahując od tego wszystkiego – dziewczyna z pociągu to powieść świetnie otwierająca oczy. Opisywane kobiety nie tylko są w nieciekawej sytuacji, ale w zasadzie nie robią nic w kierunku zmiany. Takie podejście w przypadku jednej z nich kończy się tragedią, zaś dwóm pozostałym taką zagraża. Zdecydowanie nie powinno się iść „tą drogą”.

Książka sama w sobie jest jednak dość krótka, a przy tak wciągającej formule zniknęła niemal na jedno posiedzenie. Nie pozostawiła niedosytu, który towarzyszy czasem po skończonej lekturze, ale wciąż budzi w czytelniku kilka pytań. Chcąc nie chcąc, zaczynamy w pewien sposób kibicować głównej bohaterce i ciekawią nas jej dalsze losy. Autorka nie daje nam tej wiedzy, ale może to i lepiej? Rachel to dość słaba na duchu kobieta, której życie dało w kość i nie koniecznie może udać jej się wyjść na prostą. Autorce w pepaula_hawkins_by_david_needleman_courtyard_alley_d_95_1272dn_c_adobergb_embedwien sposób udało się oddać tę niepewność. Chociaż zwieńczenie powieści budzi raczej optymistyczne rokowania, nad wydarzeniami, które miały miejsce, nie łatwo byłoby przejść do porządku dziennego. Nie sposób byłoby je wymazać.

Podsumowując, powieść utrzymująca się przez szesnaście tygodni na pierwszym miejscu listy bestellerów New York Timesa, podbiła moje serce. Jakkolwiek niezwykle nie zabrzmi to przy takiej tematyce, dobrze bawiłam się przy lekturze i z chęcią znów przeczytałabym coś od Pauli Hawkins. Z niecierpliwością oczekuję na jej nową powieści Into the waters i liczę, że autorka ponownie mnie zaskoczy, że nie był to tylko jednorazowy strzał w dziesiątkę.

Tym samym, kończę moje pierwsze recenzenckie podrygi i oby z każdą kolejną było tylko lepiej.

Przemyślenia

Nowy rok, nowe pomysły

No to mamy nowy rok. Szampan dawno wypity, kac odespany, domostwa posprzątane a z list postanowień noworocznych wykreślamy pierwsze pozycje. No bo kto, tak naprawdę, trzyma się tych postanowień? Któż, realnie chcący coś zmienić, debatuje sam ze sobą nad kartką papieru kreśląc: schudnę 10 kilo albo zacznę regularnie jadać posiłki?

Jeszcze żeby to chociaż była przypominajka na lodówce – może wtedy rzadziej by się podjadało – ale zapisane na kartce, zakopanej w reszcie papierów w rzadko używanym kalendarzyku? Albo schowanej w szufladzie biurka, od dawna zagraconej, bo przecież mamy życiową rewolucję do wykonania!? No, nie wspominając już o word’owskich plikach, które przez przypadek lądują w koszu.

Basta. Żadnych postanowień noworocznych! Rok 2016 był rokiem dobrym i jedyne czego mi  trzeba to powtórzenia go! Przeniosłam się na tak zwane „własne” i, lepiej lub gorzej, z miesiąca na miesiąc jakoś sobie radzę. Na studiach kolejny semestr prawie za mną, pomysł 15895795_1338935826165465_5584617896179438056_oma magisterkę jest a i towarzystwo sobie już znalazłam. Praca w normach, podwyższa na horyzoncie, szafa wzbogacona o nowe wdzianka. No i koty! Moje dwie, ukochane, wiedźmińskie kochanice – Shani i Yennefer. Definitywnie, rok 2016 był udany i najlepsze co może się zdarzyć w 2017 to powtórka! Chociaż… a może by tak zrobić upgrade?

I właśnie po takich rozważaniach postanowiłam, że 2017 stanie pod znakiem działania. Pierwszym krokiem było przeniesienie bloga na wordpressa. Pierwotnie powodem była15871926_1331182900274091_2062961729491011157_n domena zajęta na bloggerze, ale ostatecznie jestem więcej niż zadowolona. WordPress jest intuicyjny i daje kilka dodatkowych możliwości, jak chociażby galeria prac. Krok drugi, i ten już troszkę bardziej znaczący, to poszerzenie blogerskiej działalności. Emm… źle to brzmi w kontekście bloga o 3 wpisach.

Krok drugi – powyższe idzie w niepamięć! – to częstsze pisanie. Jako że nie mam jednak wystarczająco wolnego czasu na rękodzieło, zmieni się także charakter bloga.

Poza „dłubaniem”, czytam książki, interesuje się filmem, muzyką, grami… szeroko pojętą popkulturą. Męczą mnie blogowe ramy. Jest zbyt wiele rzeczy, którymi chciałabym się podzielić. Facebookowy fanpage nadal będzie kierowany do artystycznych duszyczek, ale sam blog będzie istnym, myślowym kociołkiem.

Nie oznacza to, że zawieszam „ręczne robótki”. Ba, wraz z nowym rokiem i motywacja większa, więc pomysłów w głowie co nie miara. Na początek jednak pokończę wszystko to, co napoczęte. A że trochę tego jest – wkrótce pewnie pojawi się tu sporo nowych robótek.

Także… hej przygodo! Ten rok – choćby nie wiem co! – musi być dobry i tego samego życzę Wam! 🙂

Rękodzieło

Problemów sto

p3

Gdzie początkująca rękodzielniczka… tam problemów sto.

Lubię konkursy. W zasadzie, zawsze je lubiłam. Kompletnie nie ze względu na wygraną – sławę, pieniądze, autografy. Również nie dla rywalizacji, bo chęć do owej zupełnie nie została wszczepiona w mój kod genetyczny. To co w konkursach cenię najwyżej to… wyzwanie. I tak też, trafiwszy na szufladkową „paletę barw” (link), podjęłam się. Żeby nie było jednak za lekko (bo przecież mało mi, że kolorki jakoś zupełnie do mnie nie przemówiły), zabrałam się za technikę, w której dopiero raczkuję.


Oczywiście problemy zaczęły się już na samym starcie. Tu zresztą mam taką dygresję do innych początkujących, lub nawet bojących się spróbować, duszyczek – to nigdy nie wygląda tak, że bierze się do ręki igłę i czaruje cuda. Najpierw trzeba się trochę pokłóć.

Wracając jednak do wyzwania… jak skleić arcy-ekstra-dzieło, kiedy kamieni wciąż tak mało, a rożnorodność koralików jest niesatysfakcjonująca? Ano nijak, ale przecież nie zawsze trzeba mierzyć najwyżej – czasem też chodzi po prostu o zabawę :D. No i trening! Sama jestem w szoku ile błędów można poczynić w hafcie i jak łatwo je skorygować!

dsc_0533Kamienie jednak udało się jakoś dobrać, a koraliki dostosować – pi razy oko – pod wymóg palety. Co dalej? Płacz i zgrzytanie zębów – przysięgam, że guzełki na niciach śnią mi się do dzisiaj. Pal sześć kiedy mowa jeszcze o haftowaniu po okręgu, ale murek mocujący kamienie? – tylko szatan mógł wpaść na taki pomysł. Niemniej, jakoś się udało, a z każdym dorobionym fragmentem zawieszka zyskiwała na mojej sympatii.

Wtem przyszedł jednak czas na wycięcie jej z filcu i… poprzecinanie kilku nitek, rozsypaniu się koralików po podłodze i próby autosugestii: „nie… wcale nie jestem zła… wcale….”. Relatywnie mi się powiodło – zabrałam się za igłę i doszywanie nieposłusznych koralików.

Kolejne potknięcia były już cokolwiek mniej spektakularne w potencjalnych skutkach, ale20161031_135151 jednak się bez nich nie obyło. Zupełnie nie wiedziałam czy klej nakładać na skórę czy robótkę, jak rozpocząć pracę nad murkiem wokół robótki, a i o zacieśnianiu między sobą koralików zapomniałam. Ale… zrobiłam to! W ostatni dzień konkursu, ale jednak… przedstawiam swoje pierwsze, haftowane koralikami, dzieło! 🙂

Co prawda wykończenie tyłu pozostawia wiele do życzenia, ale również pozwoliłam sobie zrobić zdjęcie. Trochę pomoże mi w doglądaniu własnego – mam nadzieje – rozwoju.

Długo męczyłam się z tą zawieszką, a moje odczucia wobec niej były naprawdę skrajne. Ostatecznie jestem naprawdę zadowolona. Lubię w rękodziele to, że każda praca jest stworzona, wykreowana, uformowana… przez nasze, własne ręce. W człowieku rodzi się jakiś taki sentyment do tych robótek.

No i jak pisałam… lubię konkursy. W zasadzie, zawsze je lubiłam – i już czekam na kolejny 🙂

Rękodzieło

Istne szaleństwo

p2

Kiedy ponad miesiąc temu podzieliłam się na facebooku napoczętą bransoletką, naprawdę sądziłam, że w mig się z nią uporam i pochwalę gotowym efektem. Tymczasem, tuż po wrzuceniu wiadomości do sieci, dopadła mnie złośliwość rzeczy martwych – i szczypta gapiostwa – w postaci wyczerpania koralików. Co prawda w międzyczasie rozpoczęłam pracę nad kolejną, ale w ogólnym rozrachunku nastąpił tydzień płaczu i zgrzytania zębów, aż do nadejścia zamówionej paczuszki. Z dokończeniem bransoletki uwinęłam się relatywnie szybko, ale wówczas brakło mi już czasu/chęci/zapału, a w sumie wszystkiego po trochu, do aktywności społeczno-medialnej.

Zbliżał się dzień mojej wyprowadzki i natężenie zajęć osiągnęło niebagatelny poziom. Miałam opuścić wreszcie rodzinne gniazdo, pójść na oddalone o sto kilometrów tzw „własne”… i tu zresztą zaczęło się to całe, tytułowe, istne szaleństwo.

Bo kiedy człowiek myśli o własnym mieszkaniu z partnerem wszystko wydaje się kolorowe… a tu psikus. Obiad już sam się nie gotuje, pranie nie pierze, w zasadzie to w ogóle nie ma pralki, podłogi są nie do domycia po remoncie, a ogóle to jak ja się nazywam. I tak dzień w dzień. Czasem jeszcze jakaś siłownia, potem zakupy i nagle robi się 23.

Oh losie, losie. Ale nie jest źle! Z każdym dniem coraz łatwiej wygospodarować sobie chwilę „dla siebie” (a może po prostu coraz wcześniej wstaje i coraz później kładę się do łóżka?), a każdą taką chwilę poświęcam na rękodzielnicze dłubanie.

20160829_112853

Pierwsze czym się zajęłam to stworzeniem warunków do pracy. Biurko wprawdzie wymaga renowacji, ale jako że zostały nam farby po remoncie, metamorfoza biurka to już tylko kwestia czasu. Ponadto, jak zresztą widać na zdjęciu, nareszcie zabrałam się na krosno. Nadal nie wiem jak te dzieła powykańczać dlatego podklejam je, odkładam na bok i czekam na „lepsza czasy” :D.

 20160829_112807

Pierwszą skończyłam jeszcze w rodzinnych stronach. Jak to zwykło bywać przy „pierwszym podejściu” wyszła mi nader niedoskonała. „Tu za luźna, tam się ciągnie…” ale z następną szło mi o niebo lepiej.

 

20160829_112921

 

Najpierw usiadłam do programu, wybrałam konkretne kolory, stw
orzyłam pełen wzór… a potem wzięłam z półki kompletnie inne koraliki i wykonałam bransoletkę. Miało być ze złotem, skończyło ze srebrem. Zadowolona z efektu jestem bardzo 🙂

Dokończenia oraz wykończenia doczekały się także trzy, nowiutkie peyotki. Pomijając życiowy harmider, z postem na bloga zwlekałam również ze względu na obfotografowanie tych bransoletek. W nowym mieszkaniu nie posiadałam ani upatrzonego, dobrze oświetlonego miejsca pod zdjęcia ani – co gorsza – aparatu. Chwała jednak telefonom komórkowym o niewiele gorszych aparatach od budżetowych cyfrówek! Oczywiście zdjęcia mogłyby być lepsze, ale jak się nie ma co się lubi… to pożycza się telefon od lubego i nie marudzi! 🙂

Robienie zdjęć bransoletkom o bardziej połyskujących koralikach to prawdziwy koszmar. Nieustannie odbijały światło i nie wyglądały przez to korzystnie. Trzeba się było nieco nagimnastykować z ułożeniem ich.

Tymczasem matowe, zwłaszcza jasne, fotografuje się bardzo wygodnie. W zasadzie jak by się ich nie ułożyło, wyglądają naprawdę ładnie. Ciężej się je natomiast obrabia. Każdym rozjaśnieniem zdjęcia ryzykuje się przejaskrawieniem samej bransoletki. Ale jakoś poszło 🙂

 

peyote-10

 Po więcej zdjęć oczywiście zapraszam na fanpage.

A teraz? A teraz pewnie pozmywam naczynie, umyje podłogi i może wybiorę materiały pod haft koralikowy. Nie zabrałam ze sobą Toho 15-stek, więc czeka mnie wizyta w sklepie, ale każdy spacer w tym ciągle jeszcze obcym dla mnie miejscu, jest naprawdę zachęcający :).

Rękodzieło

Zakątek początkującej rękodzielniczki

p1

Cholibka, pisanie pierwszych notek zawsze jest takie trudne?

Z założeniem bloga nosiłam się już od dłuższego czasu. Może to przez studia sprzyjające pisarskiemu uzewnętrznianiu się, może przez otaczających mnie ludzi, ale faktycznie chęć blogowania narastała we mnie przez ostatni rok. Pomysłów na „siebie w internecie” miałam tyle, ile pasji i zainteresowań – wiele. Jednak gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że blog, który założę dotyczyć będzie biżuterii, nie uwierzyłabym.

Od kilku lat żyję pod jednym dachem z manualnie uzdolnioną rodzicielką. W małym mieszkaniu, po brzegi wypełnionym koralikami. Nie raz, nie dwa zdarzało mi się „podłubać” – jak to zwykło się u mnie mawiać – ale o realnym zajęciu się artystyczną biżuterią z koralików nie myślałam nigdy.

A jednak zajęłam się nią teraz. Dlaczego? Może troszkę ze względu na zbliżającą się wyprowadzkę z rodzinnego domu. Możliwe też, że jestem większym klonem własnej matki, niż mogłabym się spodziewać. Prawdę mówiąc, ostatnie dni – i moja wzmożona aktywność związana z rękodziełem – zaskakują mnie samą. Na pewno jednak miłe jest mi spędzanie czasu w koralikach, a w moim cokolwiek nowym, nadchodzącym „życiu” przyjemnie będzie obcować ze znajomymi, kolorowymi szkiełkami.

I tak oto jestem. Avenoth – początkująca rękodzielniczka. Zaś tak prezentują się moje pierwsze, początkujące rękodzieła 🙂

Bransolety wykonane zostały techniką peyote z użyciem koralików Toho Treasures. O ile kwiecista, notabene wykonana na wzorze mojej rodzicielki, poszła mi w miarę gładko, o tyle dwie pozostałe kosztowały mnie sporo nerwów. Liczba guzełków, które porobiły mi się na nitkach w czasie pracy i zaistniałe pomyłki są wręcz niezliczone.

peyote-51

Pozostałe wzory, te z elementami brązu i druga, różowo-turkusowa (chyba powinnam je jakoś ponazywać :c), to już projekty stuprocentowo autorskie. Wprawdzie wciąż widzę w nich niedoskonałości, zwłaszcza na zdjęciach, ale i tak jestem naprawdę zadowolona z efektu. W dużej mierze pewnie dlatego, że zwyczajnie lubię taką biżuterię i nie tylko przyjemność sprawia mi robienie jej, ale wręcz palę się na myśl, ze zostały już wykończone i są gotowe do noszenia.

Tymczasem zapraszam serdecznie na mojego facebooka, który siłą rzeczy zawierać będzie najświeższe informacje, oraz na mojego tumblra, którego wykorzystać zamierzam do swego rodzaju portfolio 🙂