Mój tak zwany „międzyczas”

IMG_6163Miewacie ten problem, że kiedy długo siedzicie nad jakimś projektem zaczynacie się do niego zniechęcać? Doszukiwać się błędów, niedoskonałości? Dla mnie to w zasadzie standard. Jeżeli ślęczę nad jakąś pracą przynajmniej tydzień, mam ochotę wszystko spruć i czym prędzej zapomnieć. Chwała jednak, że tego nie robię, bo po każdym takim ukończonym projekcie ogarnia mnie dla odmiany fala euforii. Co jednak powstrzymuje mnie przed rzutem robótką za trzy punkty do kosza? Dwie rzeczy – bliscy, którzy zawsze pomocnie wyśmieją moje wątpliwości nazywając przewrażliwioną marudą 😉 albo inna robótka. I chociaż teraz, kiedy pracuję nad konkursową wiosną, marudą nazwano mnie już co najmniej trzykrotnie, nie obyło się bez drobnej odskoczni. Pracy określanej przeze mnie mianem „międzyczasu”, co w zasadzie nie jest tak dalekie od prawdy, bo ukończenie naszyjnika na konkurs Royal Stone istotnie stanowi dla mnie swoisty wyścig 😀

A ponieważ z gruntu założyłam, że to tylko „zapchaj dziura”, która ma mi pozwolić na zresetowanie, żal mi było obrabiać kamyczki – i dobrze zrobiłam 😀 . Chwyciłam zatem za wilczy kaboszonik, dobrałam kolory i popełniłam coś tak krzywuśnego, że słowo daję, światła dziennego to to chyba nigdy nie ujrzy 😀 . A to się owal jakoś zniekształcił, tu nitka gdzieś wystaje, a tutaj przegapiłam krzywy dagger… No wstyd, mówię Wam, po prostu wstyd!! Ale czasem trzeba 😛

I jasne, wiem, mogłoby być gorzej. Część pewnie nawet nie zauważy wspomnianych wad, ale niesmak jakoś pozostaje. Na poprawę nastroju wczoraj wieczorem, zmotywowana przez korallo ich cotygodniowym konkursem weekendowym, zabrałam się na wiosenny wisiorek, który poszedł mi… no, w zasadzie błyskawicznie. Ale o tym wkrótce 😉

Reklamy

Słodko-gorzka robótka

IMG_5958Kto śledzi mnie na facebooku ten wie, jak niezwykła radość spotkała mnie wczoraj. Po niemal trzech latach błądzenia, szukania, testowania i rzucania wyzwiskami w stronę robótek, nareszcie udało mi się znaleźć sposób wykończenia peyotowych bransoletek, które spełnia trzy najważniejsze dla mnie wymagania:

  • Relatywna trwałość wykończenia;
  • Prostota zapięcia;
  • BRAK KLEJENIA!

Przysięgam, że jakiekolwiek użycie kleju w pracowni powoduje u mnie potliwość dłoni, suchość w gardle i podwyższone ciśnienie. Każde takie montowanie metalowych zapięć do bransoletek było dla mnie operacją wysokiego ryzyka. A niech nie daj losie jeszcze okazało się, że klej już lekko przysechł… Zaraz zaczynało się nacinanie, przekłuwanie grubszą igiełką, paskudzenie klejem całych rąk aż po łokcie i rzucania w powietrzu obcążkami – istny horror! 😀

28811035_1631915553553646_712731131_o
Jakby ktoś nie wiedział o jakich końcówkach mówię, to tutaj mam tych winowajców!

Już pal sześć, że połowa koralików była od tego poklejona, a nie raz, nie dwa zdarzyło mi się za mocno wykończenie ścisnąć i usłyszeć dźwięk bliski umierającemu jednorożcowi – pękających koralików :/ A że nikt nie lubi jak umierają jednorożce to bransoletki robiłam niezwykle rzadko, chcąc oszczędzić sobie tych aktów masochizmu.

Potem zaś pojawiał się kolejny kłopot – zapinanie. Człowiek zamontuje karabińczyk, dłuższy łańcuszek, nawet agrafkę może dodać w zestawie, ale cholerka w pakecie to by się jakiś drugi człowiek przydał co to zawsze, stojąc na podorędziu, zapnie nam ten nieszczęsny prezent 😛

Najgorsze w tym było to, że tworzenie bransoletek techniką peyote sprawia mi niepojętą wręcz przyjemność. Przyłączanie koralika do koralika, 1365 razy dla przykładu, oglądając przy tym produkcje na Netflixie, czyni świat piękniejszym 😀 A kiedy odkrywa się jeszcze satysfakcjonujący sposób na wykańczanie tych tworów, to człowiek wręcz nie posiada się z radości!

A potem chwyta za aparat i ma ochotę podciąć sobie kilka tętnic…

IMG_5855
Próbowałam z lampą i bez, na jasnym i ciemnym tle… Nic nie zdawało realnego egzaminu. Chyba czeka mnie jakieś szkolenie z zakresu fotografii 😀

Autentycznie, w pewnym momencie dopadło mnie już takie zwątpienie, że bliska byłam pacnięcia klapą laptopa, zakopania się w łóżku z tabliczką czekolady i włączenia 10 godzinnej wersji śpiewających kotów 😦 . Zrobienie zdjęć biżuterii, której koraliki odbijają wszelkie, najmniejsze światło kosztuje co najmniej jednego dodatkowego, siwego włosa. Słowo daję, w folderze mam około 400 zdjęć i tylko z jednego, może dwóch jestem zadowolona! Nie przeczę, pewnie fotograf ze mnie taki jak kucharz ( a dodać trzeba, że nawet jak chce ugotować jajka na twardo to najpierw muszę to wygooglować 😀 ), ale nawet z moimi minimalnymi umiejętnościami nigdy nie miałam TAKIEGO problemu :/

Ale nie ważne! To wszystko nie ważne w obliczu tak wiekopomnego dla mnie odkrycia jak zapięcie, które pozwoli mi teraz na niemal masową produkcję ukochanych peyotek! 😀 ❤ .

Vaiana

DSC_0202Mam za sobą długie, dwa miesiące czarnej dziury, która w pełni pochłonęła mój zapał do koralików, książek i odrobinę do życia. Po drodze co prawda obdarowano mnie przepięknym logo, za co nadal Olu ogromnie Ci dziękuję (I marsz narodzie podziwiać jej kontent, bo Jak ona gotuje? robi w kuchni prawdziwą magię ❤ ), to jednak mini dołek zaliczyłam. Niemniej, hej!, po burzy zawsze przychodzi słońce i moje – pod spersonifikowaną postacią ❤  – ponownie przywróciło mi wiarę we… w zasadzie wszystko 😉 .

Do tego mamy dziś dzień kobiet, więc korzystając z okazji – życzę Wam, moje drogie, aby mężczyźni rozpieszczali Was nie tylko w tym jednym dniu, aby czekolada nie tuczyła, a grawitacja nas nie dotyczyła! Najlepszego i spełnienia marzeń!

Tymczasem… pod tę święto, w pełnej krasie wrócił mi zapał do pracy. Pewnie oparty trochę na ukończonej robótce, co zawsze nastraja mnie dużą satysfakcją, ale darowanemu koniowi w paszczękę zaglądać nie będę 😀

Pierwsze zdjęcia Vaiany już na tym blogu zagościły. Długo zajęło mi wykończenie tej pracy, ale też – mimo komplikacji – dawno nie byłam tak zadowolona. Mam wewnętrzne poczucie stałego rozwoju i choć wielu rzeczy jeszcze się muszę nauczyć, a moja twórczość nadal może być określania raczej mianem „tradycyjnej” (staram się stawiać na minimalizm i prostotę) to kurcze – coraz pewniej czuję się w tej technice. Co więcej, coraz więcej też sprawia mi przyjemności, a spodziewałabym się bardziej przesytu. Lucky me!

Oczywiście, standardowo, najwięcej problemu sprawiła mi nazwa 😀 . Po drodze padła gdzieś propozycja „Skarbu Oceanu”, ale tę zaś skrytykowała kolejna osoba jako zbyt przynoszącą na myśl Titanica :c. Ostatecznie, wciąż podążając pierwszym tropem, samemu postawiłam na Vaianę. Notabene, jako ogromnej fance Disneya, nie przystoi mi fakt, że jeszcze tej animacji nie widziałam 😀 .

Także, czas na fanfary, przedstawiam Vaianę w pełnej jej okazałości:

IMG_5663

Więcej zdjęć wkrótce zawita na fanpage, także również serdecznie zapraszam 😉
https://www.facebook.com/avenoth/