Wyzwaniowa motywacja

No nie da się ukryć, że ostatnio troszkę zaniedbałam swoją blogową działalność, ale tak mi się dziwnie to moje „nudne życie układa”, że nieustannie coś się w nim dzieje. Aktualnie jestem po przeprowadzce do stolicy i kupnie szczeniaka, więc raz – trzeba było poczekać aż wszystko relatywnie wróci na swoje tory, dwa – oswoić się z myślą, że przy szczeniaku już nic do końca na swoje tory nie wróci 😀 .

IMG_7162

Z wolnym czasem jest teraz dość krucho. Niby mam go więcej, bo pracuję zdalnie, ale poza tym zajmuje się domem i uprawiam bieganie po schodach z psem (teraz średnio co półtorej godziny, wcześniej co kwadrans 😀 ). No i każda, dłuższa wolna chwila, to chwila przeznaczona dla Doty. Bądź co bądź nie po to bierze się psa, żeby się nudził na kanapie. Szczenię musi się wybiegać! 🙂 .

Ale w trakcie jednej czy drugiej drzemki, kiedy obiad był z góry zaplanowany na dwa dni i wystarczy go odgrzać, a kurze zostały już powycierane… coś tam udało się Avenoth wydziergać. Standardowo, idealnym motorem napędowym mojej pracy są wyzwania, które aż wrzeszczą do mnie z ekranu monitora: „Panna, weź się do roboty!”. No to wzięłam i chwała Szufladzie, bo kilka rzędów koralikami znów przypomniało mi, że może plecy od tego bolą, ale radość z tworzenia jest nad wyraz ogromna.

Dlatego zresztą zgłaszam tę moją no-name’ową pracę, bo jak zresztą pisałam w ostatnim poście – wymyślanie nazw nie jest moją mocną stroną, do czerwcowego, Szufladkowego wyzwania.


Ale, ale, to jeszcze nie koniec! Płynąc na fali zapału, poczyniłam jeszcze jedną pracę! Ot drobnostka. Mała kotwiczka w postaci broszki, która w zasadzie niezmiernie mnie cieszy. Zwłaszcza ten dzyndzelek imitujący związaną linę 😀 .

W tym roku marzył mi się strój kąpielowy z motywem marynistycznym, ale jak moja psia sytuacja dalej będzie się tak jawić, to co najwyżej będę mogła się popluskać w wannie pełnej wody. Dla osłody zatem – broszka. Też dobrze 😀  Ją zaś zgłaszam do cyklu wyzwań „Otwórz Szufladę” pod tytułem: „Kotwica”

Reklamy

Samea

Lubicie wymyślać nazwy dla swoich wyrobów? Osobiście tego nie znoszę, bo zawsze sprawia mi to ogromny kłopot. Zdjęcia robótek grupuję w folderach numerycznych, a później przy każdej publikacji główkuję nad nazwami.

IMG_7223Z jednej strony myślę, że to zbędne. Przecież to biżuteria, która ma zdobić nadgarstek, bądź inną część ciała i nie potrzebuje specjalnej nazwy. Z drugiej strony, każdy taki twór jest niczym moje mniej lub bardziej udane dziecię i wypada nadać im jakieś „imiona”, tak jak książkom nadaje się tytuły.

A piszę o tym dlatego, że i tym razem wymyślenie tytułu było dla mnie utrapieniem. Chcąc sobie ułatwić, postawiłam spróbować ze skojarzeniami. Padły dwa rzuty okiem na bransoletę i zakiełkowała myśl „szmaragd” – bo choć użyłam raptem fasetowanego szkiełka, kolor zbliżony. A jak szmaragd, to emerald… i dalej było już mniej sensownie. Emerald skojarzył mi się35971445_1295022360633187_4283896811636129792_n bowiem z Esmeraldą, a nie chcąc nazwać biżuterii nazwą meksykańskiej telenoweli z lat dziewięćdziesiątych, zaczęłam kombinować. Kilka literek przestawiłam, kilka odjęłam…dodałam cukier, słodkości i inne śliczności (powerpuff girls!), i tak powstała Samea – nazwa idealnie pasująca do… jednej z dżinniji będącej kochanką Asmodeusza! (wybaczcie, wciąż siedzę w cyklu książkowym Kossakowskiej 😀 ).

Tym razem szybko poszła mi robótka. Naprawdę wrócił mi zapał do pracy i cała bransoleta powstała w niespełna 4 dni. Gorsze w tym to, że chcąc naprędce ukończyć dzisiaj murek, nie udało się wybiegać szczeniaka i w momencie pisania tego postu, słowo daję, jest nie-zno-śna :(.

Na ręce prezentuje się bardzo dobrze, ale to też rzecz gustu – osobiście bardzo lubię szerokie bransolety. Swoją drogą, a pisałam o tym na fanpage’u, jedyne co uratowało tę pracę przed pruciem to moje własne lenistwo. W trakcie wyszywania byłam z niej tak wysoce niezadowolona, że gdyby nie trzeba się było bawić w Kopciuszka, wybierając koraliczki, to pewnie robiłabym odzysk 😀

Na szczęście ukończyłam i nawet jestem z niej zadowolona 🙂 . Ps, tuż po publikacji postu jeszcze raz zmieniłam nazwę, ale Salmea jakoś za bardzo kojarzyła mi się z salmonellą 😀 .

Mini – wiosna.

Przyznaję, że do podjęcia tego wpisu podchodziłam jak do jeża. Jedyną motywację stanowił fakt, że jeszcze nigdy nie udało mi się popełnić aż czterech notek w miesiącu, więc… dajmy temu szansę!

Nawał pracy dosłownie pogrzebał mnie w koralikach. Zaraz po świętach zaczynam pełnoetatową pracę, żeby nie być takim totalnym pasożytem na barkach swojej rodziny i na gwałt kończę różne projekty czy – uwaga – pierwsze w życiu zamówienie (o czym chyba stworzę osobny post, podsumowujący miks towarzyszących mi emocji 😀 ). Kiedy zamykam oczy, przysięgam, widzę koraliki. A dłubię w koralikach od rana do wieczora. Plecy bolą, kawa się kończy i tylko do czasu do czasu zrobię sobie przerwę, jak luby zaczyna niemal rzucać zakazami 😀 . Czekam tylko aż bliscy odeślą mnie na jakiś odwyk! Sama oczywiście, choć totalnie przemęczona, nieustannie sięgam do robótek – jak nie fizycznie to chociaż myślami. Starczy jednak już o trudach, bo bądź co bądź, przynajmniej wkrótce będę miała się czym chwalić. Czas na mini-wiosnę.

IMG_6214

Mini-wiosna to taki kolejny „międzyczas”, o którym wspominałam ostatnio. Uwielbiam robić większe projekty i naprawdę już nie mogę się doczekać, aż ukończoną i zgłoszoną na konkurs pracę, będę mogła Wam zaprezentować. Ma to jednak ten minus, że naprawdę szybko robię się zmęczona i potrzebuję odskoczni. Ta była akurat całkiem udana. Co prawda nie wykorzystałam nawet wszystkich przygotowanych przydasi, a także odpuściłam sobie robienie jakichkolwiek wiszących elementów, ale dzięki temu całość zajęła mi jakieś… cztery godzinki? Coś koło tego.

Powiem szczerze, że nie byłam na starcie przekonana do tego kaboszonu. W zasadzie, już jakiś czas leżał w moich zbiorach i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek po niego sięgnę. Ale spróbowałam i niech mnie… cholibka, jak ktoś wie, z którego sklepu on pochodzi – dajcie znać! Przeszukałam kilka najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron i znaleźć nie mogę, a sposób w jaki się mieni kompletnie ujął mnie za serce. Bałam się, że wyjdzie to tandetnie, a tu takie zaskoczenie!

No i swoją drogą, po skończeniu całej pracy żartowałam, że już w samym kamieniu zaklęta jest wiosna. Te zielenie, błękity, fiolety… naprawdę wygląda atrakcyjnie. Ale nie byłabym sobą jakbym nie ponarzekała trochę na zdjęcia!

Praca naprawdę pięknie prezentuje się na ekspozytorze, ale w jakim oświetleniu i pod jakim kątem bym nie spróbowała, zdjęcia wychodziły mocno przyciemnione. Niezbyt dobry ze mnie fotograf. Jeżeli praktyka faktycznie czyni mistrza, to chyba będę musiała mocniej zaprzyjaźnić się z aparatem. A że pogoda nareszcie się poprawia (pomijając najbliższe dwa dni, bo to jakiś wypadek przy pracy), to może rzeczywiście czas na szukanie inspiracji z obiektywem w terenie 😉 .