Dzieje się, oj dzieje!

Nowy rok, nowa ja? Naaah

Ci którzy mnie znają i jednocześnie obserwują na facebooku wiedzą, że z częstotliwością wpisów jest u mnie jak z dotrzymywaniem postanowień – źle. Co gorsze, często postanawiam poprawę częstotliwości, w czym tkwi chyba nawet pewna ironia, hmm.

Ale! Tak, tak… dokładnie tak… Postanowiłam się poprawić! I choć pewnie wyjdzie jak zwykle, a ja jedynie lecę na noworocznej fali (jak te tłumy na siłowni, po których za miesiąc nie będzie już śladu…), to powiedzmy, że w mojej głowie zrodziły się pewne górnolotne plany, które tę częstotliwość mogą podtrzymać. Los bowiem postawił na mojej drodze zaskakującą liczbę miłych duszyczek, które naprawdę dopingują mi w tym, co robię. Trochę wstyd byłoby je zawieść, nie sądzicie? ❤

W zaangażowaniu pomaga też pewnie nowa praca – a co tam, pochwalę się! Otóż Avenoth, po rocznych znojach w odzieżówce i zawrotnych dwóch miesiącach w sklepie sportowym; użerania się z klientami o reklamacje i rozmawiania z chinkami poprzez translator na ich smarfonach… nareszcie znalazła pracę marzeń! (Tutaj powinny rozbrzmieć fanfary). Zatrudniono mnie w lokalnym sklepie z elementami do wyrobu biżuterii. Ha, wygrałam na loterii, prawda? 😀

No i tak pracuję sobie słodkie 8 godzin, w towarzystwie przesympatycznej koleżanki, obsługując klientki, z którymi łączy mnie pasja. Cud, miód, malina. A jak tak człowiek posiedzi sobie w czterech ścianach, wypełnionych po brzegi koralikami, krawatkami, przekładkami, szpileczkami i w zasadzie wszystkim, co dusza tylko zapragnie, zaczyna czuć się natchniony! A jak wena artystkę najdzie (ale sobie posłodziłam, co?) to i robić się chcę, dlatego – najzwięźlej mówiąc pisząc – robię!

Proces stworzenia tej zawieszki przebiegał mniej więcej tak, że… no cóż – nudziłam się. A że zajrzałam do kamieni i urzekł mnie ten kaboszon nocy kairu to zaglądnęłam też do koralików i jakieś trzy godzinki później miałam gotową zawieszkę. Podejrzewam, że nie bez przyczyny był zbliżający się sylwester, bo zazwyczaj nie gustuję w tak migoczących kamyczkach, ale efekt jest całkiem niezły!

To była jednak taka odskocznia, bo przyznać się muszę, że małe formy nie dają mi tej satysfakcji. W ogóle zauważyłam, że motorem napędowym tego hobby jest u mnie poczucie spełnienia. Tak będąc w pełni szczerą – siedzenie kilka godzin w zgarbieniu, męcząc oczy i nadgarstek… trzeba by być masochistą żeby faktycznie uznać to za bardziej relaksujące od czytania książek czy mordowania innych graczy w jakimś shooterze. 😉 Ale kurcze, żaden wynik w grze i zakończenie książki nie dało mi takiej przyjemności jak patrzenie na gotową bransoletę, wisior czy inny wytwór moich rąk. To miłe móc spojrzeć na biżuterię i powiedzieć – to moje DZIEŁO. Tworzyć coś jest zarąbiście satysfakcjonujące.

I taką też satysfakcję dała mi Miannan:

Nie powiem, trochę zajęło mi skończenie jej, bo tak jak kocham duże formy, tak nienawidzę faktu ich wolnego przybywania. Koralik do koralika, koralik do koralika… cholera, to bywa frustrujące. Człowiek się narobi, a robótce przybędzie jeden rząd – nosz można sobie w głowę strzelić! Ale jest! Udało się!… i naprawdę cieszy moje oko. Do tego ten labradoryt… czyż można wzgardzić tym kamieniem? 😉

A jak już pisałam, ostatnio robię stale i bez opamiętania także napoczętą mam kolejną pracę. Tym razem na tapecie jest prześliczny azuryt, który już sam w sobie jest tak zachwycający, że aż strach, żeby go nie przytłoczyć.

Tymczasem, kto mnie jeszcze nie obserwuje na facebooku, a chciałby być na bieżąco – ZAPRASZAM!
https://www.facebook.com/avenoth/

Reklamy

Foghar

24115534_1684545851604459_686795046_o

Nie skłamię, jak powiem, że praca gotowa była od około dwóch tygodni. Z czym zatem zwlekałam? A no sama właściwie nie wiem, bo choć usilnie próbowałam dorobić do niej różnego rodzaju wisielce, zawsze coś mi nie pasowało. Dalej mi nie pasuje, ale czasem chyba już tak jest.

Zdarza Wam się zrobić pracę, która po prostu, mimo usilnych prób, nie trafia do Was i w 24139189_1684538808271830_247381607_ozasadzie nie wiadomo dlaczego? Bo na pozór jest to wisior… jak to wisior. Może szału nie ma, ale odpychający też nie jest. A jednak wiem, ze po zrobieniu tego wpisu pewnie schowam go na dno szuflady i więcej do niego nie zajrzę. Widać po prostu nie wpisał się do końca w moją estetykę – co w sumie dziwne, bo to spod moich rąk i pod moje dyktando powstał.

Chyba głównie czuję się zawiedziona, bo sam szkic podobał mi się wyjątkowo bardzo. Może jednak to stąd te negatywne emocje, bo zeszyt zniknął gdzieś w szufladzie, poszłam na żywioł i ostatecznie plan rozminął się z pracą.

Ale jest. Cały i w jednym kawałku. Nie został podarty w przypływie nagłej niechęci :D. Foghar, czyli Jesień po gaelicku, bo taką nazwę mu nadałam, dołączył do kolekcji moich prac. Wisior ten zgłaszam zaś do wyzwania szuflady pod – nomen omen – jesienną tematykę, „Zabawę kolorem”. Może i zadowolona z niego nie jestem, ale to właśnie z takim zamiarem go tworzyłam i praw do rywalizacji odbierać mu nie zamierzam :D.
ban.wyzwanie

Tropikalna bransoleta.

Uff, nareszcie ukończyłam tego potwora! :-).

Przedstawiam tropikalną bransoletę – twór szeroki na 10 centymetrów, wysoki na 8 i niemal cały wykonany z koralików NihBeads, ot dla wyzwania. Dla wyzwania również, ale już od Szuflady, wybrane zostały kolorki i tematyka, gdyż zgłaszam go pod sierpniowy temat „żar tropików”.

ban-wyzwanie

20170825_112252Rany, co ja się przy niej namęczyłam. Każdą wolną chwilę -przed lub po pracy – wykorzystywałam na odrobinę dłubania. Tutaj jeden rząd, tutaj dwa… ale większość pracy zrealizowałam w zasadzie w ciągu jednego, calutkiego posiedzenia. Niemal od rana do wieczora, w asyście kota-pomocnika, który nie rzadko bywał tymże dłubaniem znudzony, i złoszcząc się na nieubłaganie uciekający czas. Bo i w sumie ledwo zdążyłam. Mamy ostatni dzień miesiąca – deadline, jak się patrzy.

I jak to zwykło u mnie bywać z takimi pracami ( a i wierzę, że część rękodzielniczek tę przypadłość podziela ), opatrzyła mi się już ta robótka :-(. Już nie cieszy tak, jak na początku.

A w dużym skrócie, przebiegało to tak…

Wielkiej koncepcji, to ja nie miałam. W centrum miał być kamień, miały być i listki. Cała reszta to czerpanie przyjemności z improwizacji – tu pójdziemy poziomo, tutaj nieco zakręcimy, a tu dla relaksu polecimy po okręgu… No i poleciałam :-d.

P12

Wyjątkowo męczące, ze względu na rozmiar było zrobienie tej bransolety i choć nie jestem w pełni zadowolona, to warto było spróbować. Człowiek znów nauczył się kilku rzeczy, a i jakoś zapał do pracy wrócił. Bo jak się tak miesiąc siedzi nad jedną rzeczą, to strasznie korki do tysiąca innych robótek :-d.

Natomiast do zrobienia zdjęć musiałam podchodzić dwa razy, bo pierwsze „pstrykanie” wyszło fatalnie. Raz, że gonił czas, dwa – asystent ma silne parcie na szkło :-d. Jeszcze po napisaniu tej notki zabrałam się do zdjęć po raz drugi i te już wyszyły akceptowalne :-). Tymczasem, asystent pozdrawia, a ja zapraszam na facebookowy fanpage :-).

20170830_113249