Literatura

Książkowe podsumowanie miesiąca

p6

Chociaż specjalnie sprecyzowanych postanowień noworocznych nie miałam, wyzwania są zawsze mile widziane. W roku poprzednim zdecydowałam się na podejście do „Przeczytam 52 książki w 2016 roku”, któremu niestety nie podołałam. Udało mi się dobić jedynie do 34. Oczywiście nie zraziło mnie to, może tylko troszkę byłam na siebie zła za kilka miesięcy czytelniczej próżni. W tym roku jednak, klnę się na wszystko, zrobię to! Przedstawiam Wam pięć książek, które już przeczytałam w nowym roku.

Styczeń rozpoczęłam pod znakiem Trzech Stygmatów Palmera Eldritcha Philipa K. Dicka. Powieść ta wpisuje się w nurt sciencie-fiction, i chociaż napisana została w 1965 roku, wciąż pozostaje ona na czasie. Oczywiście gatunek, z jasnych względów, nie każdemu może odpowiadać, ale napomknę nieco więcej o fabule. Główny bohater, Barney Mayerson, to pracownik dużej korporacji o nie do końca legalnej, bo związanej z rozprowadzaniem dsc_0094narkotyków, działalności. Chociaż używki z zasady są złe, ta za zadanie ma uprzyjemnić żywot osobom zamieszkałym w cokolwiek depresyjnych placówkach. Tymczasem nasz bohater dostaje wezwanie do przesiedlenia na takie właśnie miejsce. Informacja ta jest niczym gwóźdź do trumny w i tak już nieszczęśliwym życiu Bernaya. Przed laty porzucił małżonkę dla lepszego komfortu życia, a z każdym rokiem coraz bardziej tęskni za spędzonym z nią czasem.

Czy brzmi to jak sciencie-fincion? Cóż, przyznaję, że umyślnie pominęłam kilka faktów. Barney para się jasnowidztwem, wspomniane placówki mieszczą się na innych planetach, narkotyk daje iluzję życia na ziemi a w ich teraźniejszości możliwy jest zabieg przyśpieszający ewolucję. Zrobiłam to jednak dlatego, że właśnie tak swoje powieści tworzy Dick. Jego historie dotykają relatywnie przyziemnych problemów, takich jak trudy życia codziennego, międzyludzkie konflikty, nielojalność czy branie narkotyków, a wszystko to przedstawia w niezwykłej konwencji sciencie-fiction.

Co prawda Ubik Philipa K. Dicka podobał mi się dużo bardziej, ale ze względu na niesamowity umysł autora, sądzę, że każda jego książka jest warta lektury.

Kolejną powieścią byli Wróżbiarze Libby Bray, będący fantastyką, z elementem grozy. Akcja powieści toczy się w latach dwudziestych w mieście Nowy York, do którego wysłana zostaje główna bohaterka Evie O’Neil. Do miasta jazz’u i rewii trafia przez rodziców, celem dsc_0088wygnania za incydent podczas towarzyskiego spotkania (choć ciężko to tak ująć, zważywszy na fakt, że pochodzi z małej miejscowości w Ohio).

Na miejscu bohaterka ma zatrzymać się u wuja, który prowadzi Muzeum Niesamowitości, obiekt eksponujący artefakty, których pochodzenie posiada element nadprzyrodzony. Również sama bohaterka nie mieści się w ramach określonych przyrodą zasad – poprzez kontakt z osobistymi rzeczami ludzi jest w stanie zajrzeć do ich przeszłości. Tymczasem wuj – ekspert w dziedzinie zjawisk paranormalnych – zostaję poproszony przez policję o współpracę nad morderstwem wskazującym na okultystyczne pobudki.

Na kartach prawie 600 stron rozgrywa się historia swoistego dochodzenia nad serią morderstw dokonywanej przez ducha Paskudnego Johnego. Powieść ta była cokolwiek przydługa i ciężko mi się ją czytało. Co prawda jest to pierwsza część cyklu, ale chociaż ukazała się w 2012, druga dotychczas się nie pojawiła. Może to i lepiej? Chociaż książka zebrała dobre opinie, ja nie sięgnęłabym po kontynuacje.

Powieścią trzecią była Dziewczyna z pociągu, opisywana już na blogu (klik-klik), toteż rozwodzić się nie będę. Książka ta była miłą odmianą i, jak pisałam, zniknęła niemal na jedno posiedzenie. Szczerze i gorąco polecam.

Czwartą lekturą było A.B.C Agathy Christie. Cóż to był za zawód! Ale może nieco się cofnę. Jakiś czas temu, w zasadzie rok temu, tuż po nadrobienia serialu Sherlock Holmes zabrałam się za książki Conana Doyle’a. Wówczas odkryłam w sobie wielką miłość do powieści detektywistycznych i po skończeniu cyklu czułam niedosyt. Agatha Christie stanowiła dla mnie światełko w tunelu. Jej Morderstwo w Orient Expresie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Motyw z grupą osób i poszukiwaniu między nimi mordercy było czymś niesamowitym. Jako czytelnik czułam się zaangażowana w powieść, samemu próbując dsc_0091odgadnąć kim jest sprawca.

Kolejna jej powieść, która znalazła się w mojej biblioteczce to „i nie było już nikogo” – książka o podobnym mechanizmie, na swój sposób przypominająca mi współczesny cykl filmowy Piła. A potem pojawiło się A.B.C. i czar prysł. Autorka już w pierwszych zdaniach informuje o zmienionej formule i w istocie książkę czytało mi się gorzej. Chociaż Herkules Poirot sam w powieści żartuję, że nie jest żadnym Sherlockiem Holmesem, ja czułam się jak podczas lektury średnio wykonanego fanfika. Co prawda koniec końców, powieść wywołała zaskoczenie, ale zdecydowanie nie odratowała wyrobionej podczas czytania opinii.

No i ostatnia, piąta już książka w styczniowym zestawieniu to Angelfall. Penryn i kres dni Susan Ee. Był to już trzeci i zaraz ostatni tom cyklu, dlatego przybliżę tu fabułę części pierwszej.

Główną bohaterkę, Penryn, poznajemy w czasie, kiedy ziemię pochłonęła apokalipsa – na szczęście ta słownikowa, nie według św. Jana, choć i ta jest wówczas niewykluczona. Co i jak spowodowało taką sytuację, wyjaśnione mamy relatywnie szybko: ot archanioł Gabriel leciał, zestrzelono go i anioły się po trosze zdenerwowały – a przynajmniej tak się z początku wydaje. Jakby mało było ludziom niewyrównanej walki z silnymi, podniebnymi adonisami, na każdym kroku czyhają niewiele lepsze gangi. W takiej sytuacji, jeżeli komuś szczęście dopisało i posiada zapasy, najlepiej zabunkrować się w mieszkaniu. Co jednak jeżeli owe już się skończyły? Przed takim dylematem stanęła rodzina Penryn – familia cokolwiek bezbronna, w składzie: niebrzydka nastolatka, która nie zdążyła się nawet zakochać(sic!), niepełnosprawna fizycznie siostrzyczka i zdecydowanie niepełnosprawna umysłowo – wierząca w demony – matka. Mimo nikłych szans przeżycia, zapakowały się w sklepowy wózek, wyruszyły i los chciał, że wpadły na porachunki między aniołami. W konsekwencji siostrzyczkę porwano, obłąkana rodzicielka zniknęła, a Penryn została sama z oszałamiająco pięknym, nieprzytomnym i zdecydowanie rannym „wrogiem numer jeden”.

Brzmi tanio? No pewnie, że tak. To takie typowe, młodzieżowe czytadło post-apo z elementem romantycznym. Ale może kogoś jednak zdziwię, bo przyznaję, że zdanie o tym cyklu mam jak najbardziej pozytywne. Choć pewne elementy książki są całkiem cliche, to jednak przedstawiono je dość wyważenie. W zasadzie, sam cykl to taka przyjemniejsza dla „oka” wersja the walking dead, w którym to kobieta zakochała się w jednym z najsilniejszych zombie i razem postanowili zaprowadzić ład i porządek :D.

I tak, na tych właśnie książkach, upłynął mi mroźny, depresyjny i idź-już-sobie styczeń. Luty natomiast spędzę pewnie nad notatkami do egzaminów ( podczas idź-już-sobie sesji ), ale i na książki powinno starczyć nieco czasu :).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s