Mroźna Królowa

 

Tyle ile miałam zamysłów podczas tworzenia tego naszyjniku, to głowa mała. W zasadzie zastanawiam się czy ilość koralików w skończonej pracy nie jest mniejsza niż grupa tych sprutych. Ale hej!, „Mroźna królowa” skończona, a choć stosunek do pracy mam ambiwalentny, to ukończenie robótki zawsze jest przyjemne :).

Pierwotnie głównym elementem pracy miały być wyhaftowane śnieżynki. Kiedy zaczęłam16558365_1369511326441248_681026546_n jednak wypełniać boki… cóż, śnieżynki zaczęły znikać. Wtedy wpadłam na pomysł – może wypełnię to chaotycznie? Nie przemyślałam tego jednak i jak osioł zaczęłam z ciemną nicią, idealnie prześwitującą między białymi koralikami… Tutaj nastąpiło drugie prucie. Wymieniłam nić, wpadłam na pomysł niebieskiego haftu od dołu, białego od góry, wypełniłam pół boku… i znowu wszystko sprułam. Ta metoda zupełnie do mnie nie przemówiła. Sprułam też oczywiście śnieżynki i później w zasadzie było z górki.

2mk

Kolejne problemy…

Rany, czy ja przy każdej pracy piszę o problemach? Może to jednak nie jest zajęcie dla mnie 😀

…zawitały już po zrobieniu murka. Naszyjnik wydawał mi się pusty i chciałam dorobić jakieś wiszące elementy. Czego bym nie spróbowała – a próbowałam wielu – wyglądało to fatalnie. Prucie, prucie, prucie. Przy tym połamałam też kilka igieł i ostatecznie odstawiłam robótkę na bok.

Wróciłam jednak, oczywiście. Dorobiłam wiszący element i choć, jak wspomniałam wyżej, do skończonej pracy mam stosunek ambiwalentny, to to i tak nie najgorzej biorąc pod uwagę moment, kiedy nie mogłam na nią nawet patrzeć :D.

I jakkolwiek pogoda za oknem jest dzisiaj bajeczna, a w powietrzu czuć już wiosnę… „Mroźna Królowa” to odpowiedź na wyzwanie szuflady „Królowa Śniegu”, które ogłosili jakiś czas temu :).

x-default

Reklamy

Dziedzictwo Drizzta

 

Niechaj wszystkie igły, które poległy w hafcie, spoczywają w pokoju.

Pewnie u części pojawił się już drobny uśmiech, ale dla tych, którzy nie rozumieją – śpieszę z wyjaśnieniem! Haft koralikowy, czyli metoda, którą wykonałam ostatnie dzieło, ma dziwne igło-żerne właściwości ( choć nie wykluczam też braku wprawy igło-dzierżcy 😀 ). I kiedy tak człowiek spokojnie robi sobie koralikowy murek, zaczyna się to:

Bierzemy igłę w dłoń, przebij20170218_085734amy się przez skórę, wspomagamy szczypczykami i trach – po igle. Czynność ponawiamy z drugą, trzecią, a nawet czwartą i kiedy już opakowanie po igłach okazuje się świecić pustką, popadamy w rozpacz. Wówczas ubieramy się, biegniemy do sklepu i ku pogłębieniu naszej rozpaczy, dowiadujemy się, że próżne nasze nadzieje. Kręcimy się zatem z gps’em w dłoni, poszukując najbliższej pasmanterii, i tym większe nasze rozczarowanie, kiedy pod wskazanym adresem takowa nie istnieje. Po godzinie nareszcie na jakąś trafiamy, ale i tam nie dane nam uzupełnić zapasy. I kiedy już dociera do nas, że zamieszkiwane przez nas wcale-małe miasto to Igłowa Sahara, jedziemy do rodzinnego Opola. Do mamusi – bo nie ma to, jak u mamy.

Dwa dni później, z kompletem nowych igieł, filcem, kamieniami i zapałem do pracy wracamy do domu. Siadamy do roboty, czary-mary, i gotowe!

„Dziedzictwo Drizzta”

20170218_085925

Drizzt Do’Urden to fikcyjna postać, wykreowana przez Roberta Salvatore’a w cyklu Legendy Drizzta. Co prawda nie inspirowałam się powieścią w trakcie haftu, ale aktualnie skończyłam trzecią część, a kolorystyka bransolety natychmiast nasunęła mi tego bohatera.

Tym samym zgłaszam pracę do wyzwania1 gościnnej projektantki szuflady pod tytułem „Kraina Czarów”. Co prawda realiom uniwersum Forgottem Realms daleko do „Alicji w krainie czarów”, ale nie można odmówić im [czarom] istnienia. Magia służy tu raczej niecnym celom. Stanowi przewagę w walce, narzędzie w drodze po władzę lub umożliwia zemstę na… chociażby synu. Świat głównego bohatera jest pełen okrucieństwa i nieustannej walki. W świecie tym kieruje się jednak ideami, a los, raz po raz, zsyła mu na drogę przyjaciół.

Dziedzictwo Drizzta to pierwsza popełniona przeze mnie bransoleta. Akurat nie sprawiła mi specjalnej trudności (nie licząc przeklętych igieł) ze względu na haftowanie po okręgu, ale już teraz widzę sporo niedociągnięć. Naprawdę polubiłam tę technikę i prawdę mówiąc, ostatnio nie wykonuje żadnej innej.

PS jak widać na ostatnim zdjęciu, biżuteria nie zawsze musi służyć do noszenia. Świetnie sprawdza się również w roli kociej zabawki 😀

Wszystkie zdjęcia, wkrótce pojawią się na facebookowym fanpage’u :).

Książkowe podsumowanie miesiąca

 

Chociaż specjalnie sprecyzowanych postanowień noworocznych nie miałam, wyzwania są zawsze mile widziane. W roku poprzednim zdecydowałam się na podejście do „Przeczytam 52 książki w 2016 roku”, któremu niestety nie podołałam. Udało mi się dobić jedynie do 34. Oczywiście nie zraziło mnie to, może tylko troszkę byłam na siebie zła za kilka miesięcy czytelniczej próżni. W tym roku jednak, klnę się na wszystko, zrobię to! Przedstawiam Wam pięć książek, które już przeczytałam w nowym roku.

Styczeń rozpoczęłam pod znakiem Trzech Stygmatów Palmera Eldritcha Philipa K. Dicka. Powieść ta wpisuje się w nurt sciencie-fiction, i chociaż napisana została w 1965 roku, wciąż pozostaje ona na czasie. Oczywiście gatunek, z jasnych względów, nie każdemu może odpowiadać, ale napomknę nieco więcej o fabule. Główny bohater, Barney Mayerson, to pracownik dużej korporacji o nie do końca legalnej, bo związanej z rozprowadzaniem dsc_0094narkotyków, działalności. Chociaż używki z zasady są złe, ta za zadanie ma uprzyjemnić żywot osobom zamieszkałym w cokolwiek depresyjnych placówkach. Tymczasem nasz bohater dostaje wezwanie do przesiedlenia na takie właśnie miejsce. Informacja ta jest niczym gwóźdź do trumny w i tak już nieszczęśliwym życiu Bernaya. Przed laty porzucił małżonkę dla lepszego komfortu życia, a z każdym rokiem coraz bardziej tęskni za spędzonym z nią czasem.

Czy brzmi to jak sciencie-fincion? Cóż, przyznaję, że umyślnie pominęłam kilka faktów. Barney para się jasnowidztwem, wspomniane placówki mieszczą się na innych planetach, narkotyk daje iluzję życia na ziemi a w ich teraźniejszości możliwy jest zabieg przyśpieszający ewolucję. Zrobiłam to jednak dlatego, że właśnie tak swoje powieści tworzy Dick. Jego historie dotykają relatywnie przyziemnych problemów, takich jak trudy życia codziennego, międzyludzkie konflikty, nielojalność czy branie narkotyków, a wszystko to przedstawia w niezwykłej konwencji sciencie-fiction.

Co prawda Ubik Philipa K. Dicka podobał mi się dużo bardziej, ale ze względu na niesamowity umysł autora, sądzę, że każda jego książka jest warta lektury.

Kolejną powieścią byli Wróżbiarze Libby Bray, będący fantastyką, z elementem grozy. Akcja powieści toczy się w latach dwudziestych w mieście Nowy York, do którego wysłana zostaje główna bohaterka Evie O’Neil. Do miasta jazz’u i rewii trafia przez rodziców, celem dsc_0088wygnania za incydent podczas towarzyskiego spotkania (choć ciężko to tak ująć, zważywszy na fakt, że pochodzi z małej miejscowości w Ohio).

Na miejscu bohaterka ma zatrzymać się u wuja, który prowadzi Muzeum Niesamowitości, obiekt eksponujący artefakty, których pochodzenie posiada element nadprzyrodzony. Również sama bohaterka nie mieści się w ramach określonych przyrodą zasad – poprzez kontakt z osobistymi rzeczami ludzi jest w stanie zajrzeć do ich przeszłości. Tymczasem wuj – ekspert w dziedzinie zjawisk paranormalnych – zostaję poproszony przez policję o współpracę nad morderstwem wskazującym na okultystyczne pobudki.

Na kartach prawie 600 stron rozgrywa się historia swoistego dochodzenia nad serią morderstw dokonywanej przez ducha Paskudnego Johnego. Powieść ta była cokolwiek przydługa i ciężko mi się ją czytało. Co prawda jest to pierwsza część cyklu, ale chociaż ukazała się w 2012, druga dotychczas się nie pojawiła. Może to i lepiej? Chociaż książka zebrała dobre opinie, ja nie sięgnęłabym po kontynuacje.

Powieścią trzecią była Dziewczyna z pociągu, opisywana już na blogu (klik-klik), toteż rozwodzić się nie będę. Książka ta była miłą odmianą i, jak pisałam, zniknęła niemal na jedno posiedzenie. Szczerze i gorąco polecam.

Czwartą lekturą było A.B.C Agathy Christie. Cóż to był za zawód! Ale może nieco się cofnę. Jakiś czas temu, w zasadzie rok temu, tuż po nadrobienia serialu Sherlock Holmes zabrałam się za książki Conana Doyle’a. Wówczas odkryłam w sobie wielką miłość do powieści detektywistycznych i po skończeniu cyklu czułam niedosyt. Agatha Christie stanowiła dla mnie światełko w tunelu. Jej Morderstwo w Orient Expresie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Motyw z grupą osób i poszukiwaniu między nimi mordercy było czymś niesamowitym. Jako czytelnik czułam się zaangażowana w powieść, samemu próbując dsc_0091odgadnąć kim jest sprawca.

Kolejna jej powieść, która znalazła się w mojej biblioteczce to „i nie było już nikogo” – książka o podobnym mechanizmie, na swój sposób przypominająca mi współczesny cykl filmowy Piła. A potem pojawiło się A.B.C. i czar prysł. Autorka już w pierwszych zdaniach informuje o zmienionej formule i w istocie książkę czytało mi się gorzej. Chociaż Herkules Poirot sam w powieści żartuję, że nie jest żadnym Sherlockiem Holmesem, ja czułam się jak podczas lektury średnio wykonanego fanfika. Co prawda koniec końców, powieść wywołała zaskoczenie, ale zdecydowanie nie odratowała wyrobionej podczas czytania opinii.

No i ostatnia, piąta już książka w styczniowym zestawieniu to Angelfall. Penryn i kres dni Susan Ee. Był to już trzeci i zaraz ostatni tom cyklu, dlatego przybliżę tu fabułę części pierwszej.

Główną bohaterkę, Penryn, poznajemy w czasie, kiedy ziemię pochłonęła apokalipsa – na szczęście ta słownikowa, nie według św. Jana, choć i ta jest wówczas niewykluczona. Co i jak spowodowało taką sytuację, wyjaśnione mamy relatywnie szybko: ot archanioł Gabriel leciał, zestrzelono go i anioły się po trosze zdenerwowały – a przynajmniej tak się z początku wydaje. Jakby mało było ludziom niewyrównanej walki z silnymi, podniebnymi adonisami, na każdym kroku czyhają niewiele lepsze gangi. W takiej sytuacji, jeżeli komuś szczęście dopisało i posiada zapasy, najlepiej zabunkrować się w mieszkaniu. Co jednak jeżeli owe już się skończyły? Przed takim dylematem stanęła rodzina Penryn – familia cokolwiek bezbronna, w składzie: niebrzydka nastolatka, która nie zdążyła się nawet zakochać(sic!), niepełnosprawna fizycznie siostrzyczka i zdecydowanie niepełnosprawna umysłowo – wierząca w demony – matka. Mimo nikłych szans przeżycia, zapakowały się w sklepowy wózek, wyruszyły i los chciał, że wpadły na porachunki między aniołami. W konsekwencji siostrzyczkę porwano, obłąkana rodzicielka zniknęła, a Penryn została sama z oszałamiająco pięknym, nieprzytomnym i zdecydowanie rannym „wrogiem numer jeden”.

Brzmi tanio? No pewnie, że tak. To takie typowe, młodzieżowe czytadło post-apo z elementem romantycznym. Ale może kogoś jednak zdziwię, bo przyznaję, że zdanie o tym cyklu mam jak najbardziej pozytywne. Choć pewne elementy książki są całkiem cliche, to jednak przedstawiono je dość wyważenie. W zasadzie, sam cykl to taka przyjemniejsza dla „oka” wersja the walking dead, w którym to kobieta zakochała się w jednym z najsilniejszych zombie i razem postanowili zaprowadzić ład i porządek :D.

I tak, na tych właśnie książkach, upłynął mi mroźny, depresyjny i idź-już-sobie styczeń. Luty natomiast spędzę pewnie nad notatkami do egzaminów ( podczas idź-już-sobie sesji ), ale i na książki powinno starczyć nieco czasu :).