Rękodzieło

Belle.

P12

Nigdy dotąd nie stworzyłam niczego dla siebie. Lubię swoje prace, ale ich przeznaczeniem nie było noszenie przeze mnie. W zasadzie, do niedawna, nie było to noszenie przez kogokolwiek. Moja biżuteria zbierała kurz na półce lub zajmowała miejsce w Ikeowskim pudełku. I tak oto niespodzianka. Powstała „Belle”, która od dziś zdobić będzie moją szyję. Nie byłabym jednak sobą gdybym faktycznie zrobiła to w pełni, od początku do końca, dla siebie.

IMG_3378

Inspiracją do tej pracy było kolejne wyzwanie Szuflady: majowy ogród. DSCN1343kZ początku nie czułam tego tematu, ale gdy przy okazji odwiedzin w lokalnym sklepie z koralikami odnalazłam bazę z różyczkami, musiałam spróbować. No i powstało. Nie bez wad, bo pierwszy raz używałam takich elementów, ale w ukochanych ostatnio kolorach: khaki z różem. Do tego czarny rzemyk i już wiem w czym będę chodzić przez całą wiosnę!

Oczywiście zapraszam na stronę wzywania, w której pod koniec miesiąca będzie piękny, majowy ogród do podziwiania 😉

Zapraszam również do polubienia facebookowego fanpage’u!

 

Rękodzieło

Cenniejszy od złota.

P11

Jakiś miesiąc temu postanowiłam zainteresować się nieco historią biżuterii. Przyznam, że nie małym zaskoczeniem było dowiedzieć się, iż chęć ozdabiania towarzyszy nam już od ponad stu tysięcy lat. Kawał czasu, prawda? Co więcej, potrzeba ta zakwitła w naszych prehistorycznych przodkach, kiedy Ci wciąż nie uznawali ubioru. I kiedy już myślałam, że nic ponadto nie wzbudzi we mnie podziwu, okazało się, że w tej materii nie posunęliśmy się znowuż tak daleko. Bo czymże różnią się ich przedziurawione muszelki od naszych koralików? Może i oszlifowane, ale inwencja zdecydowanie ta sama! 🙂

shell_beads
Odnalezione w Izraelu paciorki mają nie mniej niż 110 000 lat.

Tymczasem, w tej historycznej podróży, inspirującą okazała się już Mezopotamia. Wiedzieliście, że wówczas Lapis Lazuli był cenniejszy od złota? Albo, że na tychże urodzajnych ziemiach, bogactwo przyczyniło się do masowej popularyzacji biżuterii, bez względu na status społeczny? Ale może powolutku…

4 tysiące lat wstecz…

Mezopotamia dla cywilizacji znaczy niemal tyle co „wielki wybuch” dla wszechświata. Postęp technologiczny, naukowy, w religii czy sferze kulturowej tamtych czasów przeniósł nas z epoki prehistorycznej do nowożytnej. Sukces nie może być jednak sierotą, a każdy rodzic (czyt. władza) lubi się pochwalić. Dumni niczym pawie chcieli błyszczeć, a nic nie daje takiego blasku jak dobra biżuteria. Poprzez ozdoby wyrażali c86860ffc8069cc7ffff86fdffffe41eswoją społeczną przynależność, potęgę czy sympatie religijne.

Nie oznacza to jednak, że biżuteria była przywilejem wyżej postawionych. Ziemie te były wysoce urodzajne dlatego wszyscy ,w tym antycznym królestwie, od Asyrii po Babilońskie miasta Nineveh, Ur i Sumer, zakładali ją na co dzień. Ozdoby nosiły kobiety, mężczyźni i dzieci, bez względu na status społeczny, płeć czy wiek. Stanowiły one głównie element dekoracyjny i w zasadzie wpisane były w ich sposób życia. Codzienną rutyną było noszenie bransolet na kostkach, kolczyków ze złota, sygnetów, medalionów czy amuletów.

Obecnie możemy narzekać na wybrednych klientów, drogie materiały czy ZUS, ale przynajmniej dane nam założyć własną działalność. Wówczas wyglądało to zgoła jan09-afghantreasures-1inaczej. Każdy rzemieślnik musiał być członkiem swoistej gildii, będącej w posiadaniu władzy, i baza jego surowców uzależniona była od działań zwierzchnika. Mezopotamia nie posiadała wielu surowców zdatnych do obróbki na biżuterię, dlatego z Anatolii, Egiptu, Persii czy Indii sprowadzano rozmaite kamienie.

Ograniczenia w materiałach oraz możliwości zarządzania w pracy przyczyniły się do innowacyjności twórców, wynosząc tym samym tworzenie do najwyższych standardów. Najpierw importowano takie kamienie jak: Jaspis, onyks, sardonyks, agat, srebro czy też jeden z najwyżej cenionych – lapis lazuli, a następnie gotowe wyroby rozprowadzano do wszystkich regionów.

Inspiracje?

24a1fc97eff08d37ffff858fffffe41eJa, kiedy tworzyłam swoją najnowszą pracę, inspirowałam się właśnie Mezopotamią, co natomiast natchnąć mogło ówczesnego rzemieślnika? Głównie przyroda i mitologia. Szczególnie często wykorzystali liście lub gałązki, które pojawiały się w ich pracą za pomocą, np. grawerowania. Jednym z najczęściej wykonywanych obiektów dekoracyjnych było coś na kształt cylindrycznej pieczęci (wykonane z jaspisu, serpentynu lub chalcedonu), na której wygrawerowane były sceny sakralne oraz rozmaite teksty. Przedmioty takie służyły między innymi za pieczątki podczas przesyłania towarów.

Wiele egzemplarzy ówczesnej biżuterii przetrwało w lepszym, lub gorszym stanie do czasów obecnych, a wszystko to za sprawą chowania zmarłych wraz z nimi.

Obecnie…

No i niemal chciałoby się rzecz, Mezopotamia wiecznie żywa. Wciąż czaruje i inspiruje rzemieślników. Pierwotnie chciałam stworzyć coś, co faktycznie na myśl przywoływałoby Bramę Ishtar w Babilonie, ale kolory na tyle porwały moje serce, że bezwiednie oddałam się przyjemności koralikowania, porzucając tym samym wszelkie zamysły.

Oto jak prezentuje się ukończona Mezopotamia:

Mam nadzieję, że taki nieco bardziej wartościowy post przypadnie Wam do gustu. Ze względu na bardzo niewielką ilość materiałów dostępnych w polskim języku, przygotowanie takiego tekstu było wyzwaniem. Niemniej, niezwykle satysfakcjonującym wyzwaniem :).

Rękodzieło

Wachlarz Kofuku.

P10

Nie próżnuję! Ledwie pochwaliłam się lisią maską, a już udało mi się stworzyć pewną drobnostkę. Do ogłoszenia nowej inspiracji na kalendarzowy konkurs Royal-Stone jeszcze trochę minie, więc na prędce stworzyłam Wachlarz Kofuku.

tumblr_n0716qMYRZ1qgg9j8o1_1280Wachlarz, jaki jest – każdy widzi. Dlaczego jednak Kofuku? Bo kiedy już wszystko wykończyłam, zrobiłam zdjęcia, obrobiłam i zdałam sobie sprawę, że nie mam dla tej drobnostki nawet nazwy… pomyślałam właśnie o Kofuku.

Jest to postać z anime Noragami będąca Bóstwem Ubóstwa co oznacza ni mniej, ni więcej, że przynosi nieszczęście 😀 A że u mnie nic nie może być normalnie… na przekór konwenansom, prezentuję „Wachlarz przynoszący pecha” 😀 .

Całość zajęła mi dosłownie jakieś 3, może 4 wieczory. Potem czekałam na przyjazd chwościka, a następnie przez kolejny jeden wieczór spoglądałam na całość nie mając pojęcia jak ten wisielec zamontować. Ostatecznie poszłam po linii najmniejszego oporu, ale cóż zrobić, kiedy nawet nie posiadam w domu koncówek, w które mogłabym go wkleić.

20170311_093329

Ogółem byłabym z zawieszki zadowolona gdyby nie to, że po prawej stronie wystąpiły prześwity filcu. Trochę zmęczona, a trochę niepewna po chaotycznym haftowaniu lisiej maski, postanowiłam zrobić to, nazwijmy… „tradycyjnie” i nie specjalnie zadowolił mnie efekt.

Niemniej, wisior prezentuje się całkiem uroczo jak na potencjalnie przynoszącego pecha i dlatego zgłaszam go na konkurs szuflady pt.: Daleki Wschód. Może jednak nie będę go zakładać do czasu ogłoszenia wyników 😀 .

wschod

Rękodzieło

Maska Kitsune

P9

Moje pierwsze podejście do kalendarzowego konkursu Royal-Stone za mną. Poziom prac, przyznaję, jest niesamowity. Tyle pięknych pomysłów, tyle pięknych dzieł. W następnym miesiącu koniecznie wycisnę z siebie jeszcze więcej! Bo choć jestem zadowolona ze swojego liska, wiem, że stać mnie na coś lepszego. No… to motywacja już jest, teraz tylko trzeba czekać na ogłoszenie kolejnej inspiracji :).

Powstydzić jednak nie mogę się tego, że wciąż próbuję i ciągle się uczę. Tym razem ponownie zrobiłam podejście do haftu chaotycznego. Ostatnio nie byłam specjalnie przekonana, ale tutaj efekt naprawdę okazał się zadowalający. Oczywiście nie obyło się bez prucia, ale jakoś poszło!

Sam w sobie pomysł na wisior pojawił się dość szybko. Chyba lata oglądania anime zrobiły swoje, bo gdy tylko pomyślałam o Japonii, w głowie pojawił się lisi duszek o dziewięciu ogonach. Najpierw rozrysowałam na kartce papieru, wycięłam, obrysowałam na kartonie, znów wycięłam – fascynujący proces 😀 – obrysowałam na filcu i dopiero mogłam zacząć haftować!

Sprawnie dobrałam koraliki, złapałam się za igłę i… hmm, czy to mi czegoś nie przypomina?

Zabrałam się do pracy i w kilka wieczorów udało mi się uporać z zawieszką. Jak pisałam – wiem, że stać mnie na coś jeszcze lepszego, ale dobrze bawiłam się przy haftowaniu. Ze zniecierpliwieniem czekam na ogłoszenie kolejnej inspiracji i z  chęcią już zabrałabym się do pracy. Gorzej, że w głowie świta mi pewien pomysł i obawiam się, że braknie mi na wszystko czasu 😦 .

Tymczasem idę zrobić sobie drugą kawę i w spokoju… pokoralikować!

Rękodzieło

Mroźna Królowa

p8

Tyle ile miałam zamysłów podczas tworzenia tego naszyjniku, to głowa mała. W zasadzie zastanawiam się czy ilość koralików w skończonej pracy nie jest mniejsza niż grupa tych sprutych. Ale hej!, „Mroźna królowa” skończona, a choć stosunek do pracy mam ambiwalentny, to ukończenie robótki zawsze jest przyjemne :).

Pierwotnie głównym elementem pracy miały być wyhaftowane śnieżynki. Kiedy zaczęłam16558365_1369511326441248_681026546_n jednak wypełniać boki… cóż, śnieżynki zaczęły znikać. Wtedy wpadłam na pomysł – może wypełnię to chaotycznie? Nie przemyślałam tego jednak i jak osioł zaczęłam z ciemną nicią, idealnie prześwitującą między białymi koralikami… Tutaj nastąpiło drugie prucie. Wymieniłam nić, wpadłam na pomysł niebieskiego haftu od dołu, białego od góry, wypełniłam pół boku… i znowu wszystko sprułam. Ta metoda zupełnie do mnie nie przemówiła. Sprułam też oczywiście śnieżynki i później w zasadzie było z górki.

2mk

Kolejne problemy…

Rany, czy ja przy każdej pracy piszę o problemach? Może to jednak nie jest zajęcie dla mnie 😀

…zawitały już po zrobieniu murka. Naszyjnik wydawał mi się pusty i chciałam dorobić jakieś wiszące elementy. Czego bym nie spróbowała – a próbowałam wielu – wyglądało to fatalnie. Prucie, prucie, prucie. Przy tym połamałam też kilka igieł i ostatecznie odstawiłam robótkę na bok.

Wróciłam jednak, oczywiście. Dorobiłam wiszący element i choć, jak wspomniałam wyżej, do skończonej pracy mam stosunek ambiwalentny, to to i tak nie najgorzej biorąc pod uwagę moment, kiedy nie mogłam na nią nawet patrzeć :D.

I jakkolwiek pogoda za oknem jest dzisiaj bajeczna, a w powietrzu czuć już wiosnę… „Mroźna Królowa” to odpowiedź na wyzwanie szuflady „Królowa Śniegu”, które ogłosili jakiś czas temu :).

x-default

Rękodzieło

Dziedzictwo Drizzta

p7

Niechaj wszystkie igły, które poległy w hafcie, spoczywają w pokoju.

Pewnie u części pojawił się już drobny uśmiech, ale dla tych, którzy nie rozumieją – śpieszę z wyjaśnieniem! Haft koralikowy, czyli metoda, którą wykonałam ostatnie dzieło, ma dziwne igło-żerne właściwości ( choć nie wykluczam też braku wprawy igło-dzierżcy 😀 ). I kiedy tak człowiek spokojnie robi sobie koralikowy murek, zaczyna się to:

Bierzemy igłę w dłoń, przebij20170218_085734amy się przez skórę, wspomagamy szczypczykami i trach – po igle. Czynność ponawiamy z drugą, trzecią, a nawet czwartą i kiedy już opakowanie po igłach okazuje się świecić pustką, popadamy w rozpacz. Wówczas ubieramy się, biegniemy do sklepu i ku pogłębieniu naszej rozpaczy, dowiadujemy się, że próżne nasze nadzieje. Kręcimy się zatem z gps’em w dłoni, poszukując najbliższej pasmanterii, i tym większe nasze rozczarowanie, kiedy pod wskazanym adresem takowa nie istnieje. Po godzinie nareszcie na jakąś trafiamy, ale i tam nie dane nam uzupełnić zapasy. I kiedy już dociera do nas, że zamieszkiwane przez nas wcale-małe miasto to Igłowa Sahara, jedziemy do rodzinnego Opola. Do mamusi – bo nie ma to, jak u mamy.

Dwa dni później, z kompletem nowych igieł, filcem, kamieniami i zapałem do pracy wracamy do domu. Siadamy do roboty, czary-mary, i gotowe!

„Dziedzictwo Drizzta”

20170218_085925

Drizzt Do’Urden to fikcyjna postać, wykreowana przez Roberta Salvatore’a w cyklu Legendy Drizzta. Co prawda nie inspirowałam się powieścią w trakcie haftu, ale aktualnie skończyłam trzecią część, a kolorystyka bransolety natychmiast nasunęła mi tego bohatera.

Tym samym zgłaszam pracę do wyzwania1 gościnnej projektantki szuflady pod tytułem „Kraina Czarów”. Co prawda realiom uniwersum Forgottem Realms daleko do „Alicji w krainie czarów”, ale nie można odmówić im [czarom] istnienia. Magia służy tu raczej niecnym celom. Stanowi przewagę w walce, narzędzie w drodze po władzę lub umożliwia zemstę na… chociażby synu. Świat głównego bohatera jest pełen okrucieństwa i nieustannej walki. W świecie tym kieruje się jednak ideami, a los, raz po raz, zsyła mu na drogę przyjaciół.

Dziedzictwo Drizzta to pierwsza popełniona przeze mnie bransoleta. Akurat nie sprawiła mi specjalnej trudności (nie licząc przeklętych igieł) ze względu na haftowanie po okręgu, ale już teraz widzę sporo niedociągnięć. Naprawdę polubiłam tę technikę i prawdę mówiąc, ostatnio nie wykonuje żadnej innej.

PS jak widać na ostatnim zdjęciu, biżuteria nie zawsze musi służyć do noszenia. Świetnie sprawdza się również w roli kociej zabawki 😀

Wszystkie zdjęcia, wkrótce pojawią się na facebookowym fanpage’u :).

Literatura

Książkowe podsumowanie miesiąca

p6

Chociaż specjalnie sprecyzowanych postanowień noworocznych nie miałam, wyzwania są zawsze mile widziane. W roku poprzednim zdecydowałam się na podejście do „Przeczytam 52 książki w 2016 roku”, któremu niestety nie podołałam. Udało mi się dobić jedynie do 34. Oczywiście nie zraziło mnie to, może tylko troszkę byłam na siebie zła za kilka miesięcy czytelniczej próżni. W tym roku jednak, klnę się na wszystko, zrobię to! Przedstawiam Wam pięć książek, które już przeczytałam w nowym roku.

Styczeń rozpoczęłam pod znakiem Trzech Stygmatów Palmera Eldritcha Philipa K. Dicka. Powieść ta wpisuje się w nurt sciencie-fiction, i chociaż napisana została w 1965 roku, wciąż pozostaje ona na czasie. Oczywiście gatunek, z jasnych względów, nie każdemu może odpowiadać, ale napomknę nieco więcej o fabule. Główny bohater, Barney Mayerson, to pracownik dużej korporacji o nie do końca legalnej, bo związanej z rozprowadzaniem dsc_0094narkotyków, działalności. Chociaż używki z zasady są złe, ta za zadanie ma uprzyjemnić żywot osobom zamieszkałym w cokolwiek depresyjnych placówkach. Tymczasem nasz bohater dostaje wezwanie do przesiedlenia na takie właśnie miejsce. Informacja ta jest niczym gwóźdź do trumny w i tak już nieszczęśliwym życiu Bernaya. Przed laty porzucił małżonkę dla lepszego komfortu życia, a z każdym rokiem coraz bardziej tęskni za spędzonym z nią czasem.

Czy brzmi to jak sciencie-fincion? Cóż, przyznaję, że umyślnie pominęłam kilka faktów. Barney para się jasnowidztwem, wspomniane placówki mieszczą się na innych planetach, narkotyk daje iluzję życia na ziemi a w ich teraźniejszości możliwy jest zabieg przyśpieszający ewolucję. Zrobiłam to jednak dlatego, że właśnie tak swoje powieści tworzy Dick. Jego historie dotykają relatywnie przyziemnych problemów, takich jak trudy życia codziennego, międzyludzkie konflikty, nielojalność czy branie narkotyków, a wszystko to przedstawia w niezwykłej konwencji sciencie-fiction.

Co prawda Ubik Philipa K. Dicka podobał mi się dużo bardziej, ale ze względu na niesamowity umysł autora, sądzę, że każda jego książka jest warta lektury.

Kolejną powieścią byli Wróżbiarze Libby Bray, będący fantastyką, z elementem grozy. Akcja powieści toczy się w latach dwudziestych w mieście Nowy York, do którego wysłana zostaje główna bohaterka Evie O’Neil. Do miasta jazz’u i rewii trafia przez rodziców, celem dsc_0088wygnania za incydent podczas towarzyskiego spotkania (choć ciężko to tak ująć, zważywszy na fakt, że pochodzi z małej miejscowości w Ohio).

Na miejscu bohaterka ma zatrzymać się u wuja, który prowadzi Muzeum Niesamowitości, obiekt eksponujący artefakty, których pochodzenie posiada element nadprzyrodzony. Również sama bohaterka nie mieści się w ramach określonych przyrodą zasad – poprzez kontakt z osobistymi rzeczami ludzi jest w stanie zajrzeć do ich przeszłości. Tymczasem wuj – ekspert w dziedzinie zjawisk paranormalnych – zostaję poproszony przez policję o współpracę nad morderstwem wskazującym na okultystyczne pobudki.

Na kartach prawie 600 stron rozgrywa się historia swoistego dochodzenia nad serią morderstw dokonywanej przez ducha Paskudnego Johnego. Powieść ta była cokolwiek przydługa i ciężko mi się ją czytało. Co prawda jest to pierwsza część cyklu, ale chociaż ukazała się w 2012, druga dotychczas się nie pojawiła. Może to i lepiej? Chociaż książka zebrała dobre opinie, ja nie sięgnęłabym po kontynuacje.

Powieścią trzecią była Dziewczyna z pociągu, opisywana już na blogu (klik-klik), toteż rozwodzić się nie będę. Książka ta była miłą odmianą i, jak pisałam, zniknęła niemal na jedno posiedzenie. Szczerze i gorąco polecam.

Czwartą lekturą było A.B.C Agathy Christie. Cóż to był za zawód! Ale może nieco się cofnę. Jakiś czas temu, w zasadzie rok temu, tuż po nadrobienia serialu Sherlock Holmes zabrałam się za książki Conana Doyle’a. Wówczas odkryłam w sobie wielką miłość do powieści detektywistycznych i po skończeniu cyklu czułam niedosyt. Agatha Christie stanowiła dla mnie światełko w tunelu. Jej Morderstwo w Orient Expresie zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Motyw z grupą osób i poszukiwaniu między nimi mordercy było czymś niesamowitym. Jako czytelnik czułam się zaangażowana w powieść, samemu próbując dsc_0091odgadnąć kim jest sprawca.

Kolejna jej powieść, która znalazła się w mojej biblioteczce to „i nie było już nikogo” – książka o podobnym mechanizmie, na swój sposób przypominająca mi współczesny cykl filmowy Piła. A potem pojawiło się A.B.C. i czar prysł. Autorka już w pierwszych zdaniach informuje o zmienionej formule i w istocie książkę czytało mi się gorzej. Chociaż Herkules Poirot sam w powieści żartuję, że nie jest żadnym Sherlockiem Holmesem, ja czułam się jak podczas lektury średnio wykonanego fanfika. Co prawda koniec końców, powieść wywołała zaskoczenie, ale zdecydowanie nie odratowała wyrobionej podczas czytania opinii.

No i ostatnia, piąta już książka w styczniowym zestawieniu to Angelfall. Penryn i kres dni Susan Ee. Był to już trzeci i zaraz ostatni tom cyklu, dlatego przybliżę tu fabułę części pierwszej.

Główną bohaterkę, Penryn, poznajemy w czasie, kiedy ziemię pochłonęła apokalipsa – na szczęście ta słownikowa, nie według św. Jana, choć i ta jest wówczas niewykluczona. Co i jak spowodowało taką sytuację, wyjaśnione mamy relatywnie szybko: ot archanioł Gabriel leciał, zestrzelono go i anioły się po trosze zdenerwowały – a przynajmniej tak się z początku wydaje. Jakby mało było ludziom niewyrównanej walki z silnymi, podniebnymi adonisami, na każdym kroku czyhają niewiele lepsze gangi. W takiej sytuacji, jeżeli komuś szczęście dopisało i posiada zapasy, najlepiej zabunkrować się w mieszkaniu. Co jednak jeżeli owe już się skończyły? Przed takim dylematem stanęła rodzina Penryn – familia cokolwiek bezbronna, w składzie: niebrzydka nastolatka, która nie zdążyła się nawet zakochać(sic!), niepełnosprawna fizycznie siostrzyczka i zdecydowanie niepełnosprawna umysłowo – wierząca w demony – matka. Mimo nikłych szans przeżycia, zapakowały się w sklepowy wózek, wyruszyły i los chciał, że wpadły na porachunki między aniołami. W konsekwencji siostrzyczkę porwano, obłąkana rodzicielka zniknęła, a Penryn została sama z oszałamiająco pięknym, nieprzytomnym i zdecydowanie rannym „wrogiem numer jeden”.

Brzmi tanio? No pewnie, że tak. To takie typowe, młodzieżowe czytadło post-apo z elementem romantycznym. Ale może kogoś jednak zdziwię, bo przyznaję, że zdanie o tym cyklu mam jak najbardziej pozytywne. Choć pewne elementy książki są całkiem cliche, to jednak przedstawiono je dość wyważenie. W zasadzie, sam cykl to taka przyjemniejsza dla „oka” wersja the walking dead, w którym to kobieta zakochała się w jednym z najsilniejszych zombie i razem postanowili zaprowadzić ład i porządek :D.

I tak, na tych właśnie książkach, upłynął mi mroźny, depresyjny i idź-już-sobie styczeń. Luty natomiast spędzę pewnie nad notatkami do egzaminów ( podczas idź-już-sobie sesji ), ale i na książki powinno starczyć nieco czasu :).