Samea

Lubicie wymyślać nazwy dla swoich wyrobów? Osobiście tego nie znoszę, bo zawsze sprawia mi to ogromny kłopot. Zdjęcia robótek grupuję w folderach numerycznych, a później przy każdej publikacji główkuję nad nazwami.

IMG_7223Z jednej strony myślę, że to zbędne. Przecież to biżuteria, która ma zdobić nadgarstek, bądź inną część ciała i nie potrzebuje specjalnej nazwy. Z drugiej strony, każdy taki twór jest niczym moje mniej lub bardziej udane dziecię i wypada nadać im jakieś „imiona”, tak jak książkom nadaje się tytuły.

A piszę o tym dlatego, że i tym razem wymyślenie tytułu było dla mnie utrapieniem. Chcąc sobie ułatwić, postawiłam spróbować ze skojarzeniami. Padły dwa rzuty okiem na bransoletę i zakiełkowała myśl „szmaragd” – bo choć użyłam raptem fasetowanego szkiełka, kolor zbliżony. A jak szmaragd, to emerald… i dalej było już mniej sensownie. Emerald skojarzył mi się35971445_1295022360633187_4283896811636129792_n bowiem z Esmeraldą, a nie chcąc nazwać biżuterii nazwą meksykańskiej telenoweli z lat dziewięćdziesiątych, zaczęłam kombinować. Kilka literek przestawiłam, kilka odjęłam…dodałam cukier, słodkości i inne śliczności (powerpuff girls!), i tak powstała Samea – nazwa idealnie pasująca do… jednej z dżinniji będącej kochanką Asmodeusza! (wybaczcie, wciąż siedzę w cyklu książkowym Kossakowskiej 😀 ).

Tym razem szybko poszła mi robótka. Naprawdę wrócił mi zapał do pracy i cała bransoleta powstała w niespełna 4 dni. Gorsze w tym to, że chcąc naprędce ukończyć dzisiaj murek, nie udało się wybiegać szczeniaka i w momencie pisania tego postu, słowo daję, jest nie-zno-śna :(.

Na ręce prezentuje się bardzo dobrze, ale to też rzecz gustu – osobiście bardzo lubię szerokie bransolety. Swoją drogą, a pisałam o tym na fanpage’u, jedyne co uratowało tę pracę przed pruciem to moje własne lenistwo. W trakcie wyszywania byłam z niej tak wysoce niezadowolona, że gdyby nie trzeba się było bawić w Kopciuszka, wybierając koraliczki, to pewnie robiłabym odzysk 😀

Na szczęście ukończyłam i nawet jestem z niej zadowolona 🙂 . Ps, tuż po publikacji postu jeszcze raz zmieniłam nazwę, ale Salmea jakoś za bardzo kojarzyła mi się z salmonellą 😀 .

Reklamy

Mini – wiosna.

Przyznaję, że do podjęcia tego wpisu podchodziłam jak do jeża. Jedyną motywację stanowił fakt, że jeszcze nigdy nie udało mi się popełnić aż czterech notek w miesiącu, więc… dajmy temu szansę!

Nawał pracy dosłownie pogrzebał mnie w koralikach. Zaraz po świętach zaczynam pełnoetatową pracę, żeby nie być takim totalnym pasożytem na barkach swojej rodziny i na gwałt kończę różne projekty czy – uwaga – pierwsze w życiu zamówienie (o czym chyba stworzę osobny post, podsumowujący miks towarzyszących mi emocji 😀 ). Kiedy zamykam oczy, przysięgam, widzę koraliki. A dłubię w koralikach od rana do wieczora. Plecy bolą, kawa się kończy i tylko do czasu do czasu zrobię sobie przerwę, jak luby zaczyna niemal rzucać zakazami 😀 . Czekam tylko aż bliscy odeślą mnie na jakiś odwyk! Sama oczywiście, choć totalnie przemęczona, nieustannie sięgam do robótek – jak nie fizycznie to chociaż myślami. Starczy jednak już o trudach, bo bądź co bądź, przynajmniej wkrótce będę miała się czym chwalić. Czas na mini-wiosnę.

IMG_6214

Mini-wiosna to taki kolejny „międzyczas”, o którym wspominałam ostatnio. Uwielbiam robić większe projekty i naprawdę już nie mogę się doczekać, aż ukończoną i zgłoszoną na konkurs pracę, będę mogła Wam zaprezentować. Ma to jednak ten minus, że naprawdę szybko robię się zmęczona i potrzebuję odskoczni. Ta była akurat całkiem udana. Co prawda nie wykorzystałam nawet wszystkich przygotowanych przydasi, a także odpuściłam sobie robienie jakichkolwiek wiszących elementów, ale dzięki temu całość zajęła mi jakieś… cztery godzinki? Coś koło tego.

Powiem szczerze, że nie byłam na starcie przekonana do tego kaboszonu. W zasadzie, już jakiś czas leżał w moich zbiorach i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek po niego sięgnę. Ale spróbowałam i niech mnie… cholibka, jak ktoś wie, z którego sklepu on pochodzi – dajcie znać! Przeszukałam kilka najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron i znaleźć nie mogę, a sposób w jaki się mieni kompletnie ujął mnie za serce. Bałam się, że wyjdzie to tandetnie, a tu takie zaskoczenie!

No i swoją drogą, po skończeniu całej pracy żartowałam, że już w samym kamieniu zaklęta jest wiosna. Te zielenie, błękity, fiolety… naprawdę wygląda atrakcyjnie. Ale nie byłabym sobą jakbym nie ponarzekała trochę na zdjęcia!

Praca naprawdę pięknie prezentuje się na ekspozytorze, ale w jakim oświetleniu i pod jakim kątem bym nie spróbowała, zdjęcia wychodziły mocno przyciemnione. Niezbyt dobry ze mnie fotograf. Jeżeli praktyka faktycznie czyni mistrza, to chyba będę musiała mocniej zaprzyjaźnić się z aparatem. A że pogoda nareszcie się poprawia (pomijając najbliższe dwa dni, bo to jakiś wypadek przy pracy), to może rzeczywiście czas na szukanie inspiracji z obiektywem w terenie 😉 .

 

Mój tak zwany „międzyczas”

IMG_6163Miewacie ten problem, że kiedy długo siedzicie nad jakimś projektem zaczynacie się do niego zniechęcać? Doszukiwać się błędów, niedoskonałości? Dla mnie to w zasadzie standard. Jeżeli ślęczę nad jakąś pracą przynajmniej tydzień, mam ochotę wszystko spruć i czym prędzej zapomnieć. Chwała jednak, że tego nie robię, bo po każdym takim ukończonym projekcie ogarnia mnie dla odmiany fala euforii. Co jednak powstrzymuje mnie przed rzutem robótką za trzy punkty do kosza? Dwie rzeczy – bliscy, którzy zawsze pomocnie wyśmieją moje wątpliwości nazywając przewrażliwioną marudą 😉 albo inna robótka. I chociaż teraz, kiedy pracuję nad konkursową wiosną, marudą nazwano mnie już co najmniej trzykrotnie, nie obyło się bez drobnej odskoczni. Pracy określanej przeze mnie mianem „międzyczasu”, co w zasadzie nie jest tak dalekie od prawdy, bo ukończenie naszyjnika na konkurs Royal Stone istotnie stanowi dla mnie swoisty wyścig 😀

A ponieważ z gruntu założyłam, że to tylko „zapchaj dziura”, która ma mi pozwolić na zresetowanie, żal mi było obrabiać kamyczki – i dobrze zrobiłam 😀 . Chwyciłam zatem za wilczy kaboszonik, dobrałam kolory i popełniłam coś tak krzywuśnego, że słowo daję, światła dziennego to to chyba nigdy nie ujrzy 😀 . A to się owal jakoś zniekształcił, tu nitka gdzieś wystaje, a tutaj przegapiłam krzywy dagger… No wstyd, mówię Wam, po prostu wstyd!! Ale czasem trzeba 😛

I jasne, wiem, mogłoby być gorzej. Część pewnie nawet nie zauważy wspomnianych wad, ale niesmak jakoś pozostaje. Na poprawę nastroju wczoraj wieczorem, zmotywowana przez korallo ich cotygodniowym konkursem weekendowym, zabrałam się na wiosenny wisiorek, który poszedł mi… no, w zasadzie błyskawicznie. Ale o tym wkrótce 😉