Mini – wiosna.

Przyznaję, że do podjęcia tego wpisu podchodziłam jak do jeża. Jedyną motywację stanowił fakt, że jeszcze nigdy nie udało mi się popełnić aż czterech notek w miesiącu, więc… dajmy temu szansę!

Nawał pracy dosłownie pogrzebał mnie w koralikach. Zaraz po świętach zaczynam pełnoetatową pracę, żeby nie być takim totalnym pasożytem na barkach swojej rodziny i na gwałt kończę różne projekty czy – uwaga – pierwsze w życiu zamówienie (o czym chyba stworzę osobny post, podsumowujący miks towarzyszących mi emocji 😀 ). Kiedy zamykam oczy, przysięgam, widzę koraliki. A dłubię w koralikach od rana do wieczora. Plecy bolą, kawa się kończy i tylko do czasu do czasu zrobię sobie przerwę, jak luby zaczyna niemal rzucać zakazami 😀 . Czekam tylko aż bliscy odeślą mnie na jakiś odwyk! Sama oczywiście, choć totalnie przemęczona, nieustannie sięgam do robótek – jak nie fizycznie to chociaż myślami. Starczy jednak już o trudach, bo bądź co bądź, przynajmniej wkrótce będę miała się czym chwalić. Czas na mini-wiosnę.

IMG_6214

Mini-wiosna to taki kolejny „międzyczas”, o którym wspominałam ostatnio. Uwielbiam robić większe projekty i naprawdę już nie mogę się doczekać, aż ukończoną i zgłoszoną na konkurs pracę, będę mogła Wam zaprezentować. Ma to jednak ten minus, że naprawdę szybko robię się zmęczona i potrzebuję odskoczni. Ta była akurat całkiem udana. Co prawda nie wykorzystałam nawet wszystkich przygotowanych przydasi, a także odpuściłam sobie robienie jakichkolwiek wiszących elementów, ale dzięki temu całość zajęła mi jakieś… cztery godzinki? Coś koło tego.

Powiem szczerze, że nie byłam na starcie przekonana do tego kaboszonu. W zasadzie, już jakiś czas leżał w moich zbiorach i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek po niego sięgnę. Ale spróbowałam i niech mnie… cholibka, jak ktoś wie, z którego sklepu on pochodzi – dajcie znać! Przeszukałam kilka najczęściej odwiedzanych przeze mnie stron i znaleźć nie mogę, a sposób w jaki się mieni kompletnie ujął mnie za serce. Bałam się, że wyjdzie to tandetnie, a tu takie zaskoczenie!

No i swoją drogą, po skończeniu całej pracy żartowałam, że już w samym kamieniu zaklęta jest wiosna. Te zielenie, błękity, fiolety… naprawdę wygląda atrakcyjnie. Ale nie byłabym sobą jakbym nie ponarzekała trochę na zdjęcia!

Praca naprawdę pięknie prezentuje się na ekspozytorze, ale w jakim oświetleniu i pod jakim kątem bym nie spróbowała, zdjęcia wychodziły mocno przyciemnione. Niezbyt dobry ze mnie fotograf. Jeżeli praktyka faktycznie czyni mistrza, to chyba będę musiała mocniej zaprzyjaźnić się z aparatem. A że pogoda nareszcie się poprawia (pomijając najbliższe dwa dni, bo to jakiś wypadek przy pracy), to może rzeczywiście czas na szukanie inspiracji z obiektywem w terenie 😉 .

 

Reklamy

Mój tak zwany „międzyczas”

IMG_6163Miewacie ten problem, że kiedy długo siedzicie nad jakimś projektem zaczynacie się do niego zniechęcać? Doszukiwać się błędów, niedoskonałości? Dla mnie to w zasadzie standard. Jeżeli ślęczę nad jakąś pracą przynajmniej tydzień, mam ochotę wszystko spruć i czym prędzej zapomnieć. Chwała jednak, że tego nie robię, bo po każdym takim ukończonym projekcie ogarnia mnie dla odmiany fala euforii. Co jednak powstrzymuje mnie przed rzutem robótką za trzy punkty do kosza? Dwie rzeczy – bliscy, którzy zawsze pomocnie wyśmieją moje wątpliwości nazywając przewrażliwioną marudą 😉 albo inna robótka. I chociaż teraz, kiedy pracuję nad konkursową wiosną, marudą nazwano mnie już co najmniej trzykrotnie, nie obyło się bez drobnej odskoczni. Pracy określanej przeze mnie mianem „międzyczasu”, co w zasadzie nie jest tak dalekie od prawdy, bo ukończenie naszyjnika na konkurs Royal Stone istotnie stanowi dla mnie swoisty wyścig 😀

A ponieważ z gruntu założyłam, że to tylko „zapchaj dziura”, która ma mi pozwolić na zresetowanie, żal mi było obrabiać kamyczki – i dobrze zrobiłam 😀 . Chwyciłam zatem za wilczy kaboszonik, dobrałam kolory i popełniłam coś tak krzywuśnego, że słowo daję, światła dziennego to to chyba nigdy nie ujrzy 😀 . A to się owal jakoś zniekształcił, tu nitka gdzieś wystaje, a tutaj przegapiłam krzywy dagger… No wstyd, mówię Wam, po prostu wstyd!! Ale czasem trzeba 😛

I jasne, wiem, mogłoby być gorzej. Część pewnie nawet nie zauważy wspomnianych wad, ale niesmak jakoś pozostaje. Na poprawę nastroju wczoraj wieczorem, zmotywowana przez korallo ich cotygodniowym konkursem weekendowym, zabrałam się na wiosenny wisiorek, który poszedł mi… no, w zasadzie błyskawicznie. Ale o tym wkrótce 😉

Słodko-gorzka robótka

IMG_5958Kto śledzi mnie na facebooku ten wie, jak niezwykła radość spotkała mnie wczoraj. Po niemal trzech latach błądzenia, szukania, testowania i rzucania wyzwiskami w stronę robótek, nareszcie udało mi się znaleźć sposób wykończenia peyotowych bransoletek, które spełnia trzy najważniejsze dla mnie wymagania:

  • Relatywna trwałość wykończenia;
  • Prostota zapięcia;
  • BRAK KLEJENIA!

Przysięgam, że jakiekolwiek użycie kleju w pracowni powoduje u mnie potliwość dłoni, suchość w gardle i podwyższone ciśnienie. Każde takie montowanie metalowych zapięć do bransoletek było dla mnie operacją wysokiego ryzyka. A niech nie daj losie jeszcze okazało się, że klej już lekko przysechł… Zaraz zaczynało się nacinanie, przekłuwanie grubszą igiełką, paskudzenie klejem całych rąk aż po łokcie i rzucania w powietrzu obcążkami – istny horror! 😀

28811035_1631915553553646_712731131_o
Jakby ktoś nie wiedział o jakich końcówkach mówię, to tutaj mam tych winowajców!

Już pal sześć, że połowa koralików była od tego poklejona, a nie raz, nie dwa zdarzyło mi się za mocno wykończenie ścisnąć i usłyszeć dźwięk bliski umierającemu jednorożcowi – pękających koralików :/ A że nikt nie lubi jak umierają jednorożce to bransoletki robiłam niezwykle rzadko, chcąc oszczędzić sobie tych aktów masochizmu.

Potem zaś pojawiał się kolejny kłopot – zapinanie. Człowiek zamontuje karabińczyk, dłuższy łańcuszek, nawet agrafkę może dodać w zestawie, ale cholerka w pakecie to by się jakiś drugi człowiek przydał co to zawsze, stojąc na podorędziu, zapnie nam ten nieszczęsny prezent 😛

Najgorsze w tym było to, że tworzenie bransoletek techniką peyote sprawia mi niepojętą wręcz przyjemność. Przyłączanie koralika do koralika, 1365 razy dla przykładu, oglądając przy tym produkcje na Netflixie, czyni świat piękniejszym 😀 A kiedy odkrywa się jeszcze satysfakcjonujący sposób na wykańczanie tych tworów, to człowiek wręcz nie posiada się z radości!

A potem chwyta za aparat i ma ochotę podciąć sobie kilka tętnic…

IMG_5855
Próbowałam z lampą i bez, na jasnym i ciemnym tle… Nic nie zdawało realnego egzaminu. Chyba czeka mnie jakieś szkolenie z zakresu fotografii 😀

Autentycznie, w pewnym momencie dopadło mnie już takie zwątpienie, że bliska byłam pacnięcia klapą laptopa, zakopania się w łóżku z tabliczką czekolady i włączenia 10 godzinnej wersji śpiewających kotów 😦 . Zrobienie zdjęć biżuterii, której koraliki odbijają wszelkie, najmniejsze światło kosztuje co najmniej jednego dodatkowego, siwego włosa. Słowo daję, w folderze mam około 400 zdjęć i tylko z jednego, może dwóch jestem zadowolona! Nie przeczę, pewnie fotograf ze mnie taki jak kucharz ( a dodać trzeba, że nawet jak chce ugotować jajka na twardo to najpierw muszę to wygooglować 😀 ), ale nawet z moimi minimalnymi umiejętnościami nigdy nie miałam TAKIEGO problemu :/

Ale nie ważne! To wszystko nie ważne w obliczu tak wiekopomnego dla mnie odkrycia jak zapięcie, które pozwoli mi teraz na niemal masową produkcję ukochanych peyotek! 😀 ❤ .