Czytelniczy listopad cz.1

Niestety listopad nie jest miesiącem obfitującym u mnie w rękodzieło. Poniekąd stało się tak ze względu na jesienne przesilenie, którego padłam ofiarą, a trochę przez pracę nad większym projektem. Wiecie natomiast czemu sprzyja ta cała niepogoda za oknem i chłód w mieszkaniu? Ano kocykowi, całej masie świeczek i książkom!

Tym razem, dla odmiany, poświęcę notkę lekturom – a nuż ktoś zastanawia się już nad gwiazdkowym prezentem i moja opinia okaże się pomocna. Podkreślam – opinia! – bo recenzent ze mnie żaden, a jedynie entuzjasta 😀 . Ponadto, nie samymi koralikami Avenoth żyje – na co dzień oddaje się jeszcze takim przyjemnościom jak obcowanie z filmami, serialami, muzyką czy książkami właśnie. Sami również pewnie macie dodatkowe hobby, o których z chęcią poczytam, a także upomnę się jeszcze pod koniec notki! 🙂

Listopad stanął u mnie pod znakiem czterech powieści, każda osadzona w nieco innym gatunku: Azazel, będący powieścią detektywistyczną, Hyperion, w gatunku sci-fi, Lady Jane. Niewinna Zdrajczyni, będąca powieścią historyczną oraz Kłamca, fantastyka.

W ludziach cenię tylko odwagę, całą resztę można udawać.

Jako ogromnej fance powieści o Sherlocku Holmesie i książek autorstwa Agathy Christie, długo chodził za mną Azazel, Borysa Akunina. Ilekroć zerkał na mnie ze sklepowej półki, kusiło mnie zabrać go ze sobą do domu. Z reguły jednak odpuszczałam sobie tę przyjemność i bezpiecznie sięgałam po znajome powieści detektywistyczne. Czy był to błąd? Nie do końca.

Azazel opowiada historię Erasta Fandorina, młodego pracownika moskiewskiej policji, który staje u progu swojej pierwszej, większej sprawy – publiczne samobójstwo 545448-352x500wyjątkowo majętnego studenta. Szybko okazuje się, że nie on jeden tego dnia próbował zakończyć swój żywot, a punktem łączących tych dwoje jest znajomość z pewną piękną „Kleopatrą”. Tymczasem okazuje się, że majątek przepisany został Angielce, lady Astair, która zajmuje się prowadzeniem swoistych przytułków dla młodych osieroconych chłopców – czy możliwe, żeby ktoś tak szlachetny był zamieszany w samobójstwo?

Powieść ta stanowi zresztą pierwszy tom cyklu o przygodach tegoż właśnie bohatera, dlatego poza aspektem detektywistycznym istotny jest tu również sam bohater i doświadczenia, które ukształtują go takim, a nie innym detektywem. Erast Fandorin, jako protagonista, wzbudził we mnie całkiem pozytywne uczucie. W porównaniu z takim Sherlockiem czy Poirot, o nim nie można powiedzieć, że jest w jakikolwiek sposób zmanierowany. Jest ambitny, momentami wręcz przesadnie pragnący uznania – co stanowi bardzo ludzką cechę, wyedukowany, kieruje się logiką i jak przystało na młodzieńca – bywa naiwny. Ogółem, naprawdę da się lubić tego bohatera.

Po lekturze mam jednak mieszane uczucia. Ciężko było przebrnąć mi przez początek powieści – najeżony wprost długimi rosyjskimi nazwami stanowisk poprzedzających jeszcze dłuższe i zawiłe nazwiska (słowo daję, czasem robiłam pauzę w czytaniu i próbowałam wymówić je bez połamania języka – bywało ciężko 🙂 ). Fabuła, według mnie, rozwijała się nieco za wolno, a język, którym napisano powieść, był nieco za sztywny. Nie mogę powiedzieć, że to zła książka, bo przedstawiona historia ostatecznie wydaje się całkiem interesująca, chociaż odrobinę przesadzona. Sądzę jednak, że zwyczajnie nie była to powieść „dla mnie” – osoby która ukuła już sobie obraz powieści detektywistycznej bazując na wspomnianych autorach, a którzy to, bądź co bądź, pisali mniej… bondowsko? Bo Erast Fandorin nie jest tutaj staruszkiem palącym fajkę i spokojnie analizującym zebrane poszlaki. To bardziej agent od zadań specjalnych, latający po świecie z bronią za paskiem, szukający tajnych teczek i lądujący w Tamizie z ręki zbirów. To… to już nie to samo 🙂

Continue reading „Czytelniczy listopad cz.1”

Reklamy

Karmelowa jesień

Ostatnio zapanowała trzymiesięczna cisza na moim blogu. Niby nic wielkiego, bo ktokolwiek przeczytał chociaż dwa wpisy, ten wie, że blogowanie nie należy do moich ulubionych zajęć. Niemniej, trochę wstyd.

Dobrą motywacją są dla mnie jednak wyzwania, bo zgłaszać swoje prace zdecydowanie wolę poprzez bloga, aniżeli fanpage. A zatem wpadnie teraz kilka słów o moim karmelowym wisiorze 🙂 .

Po pierwsze, fakt że lubię wyzwania był tu wielokrotnie powtarzany, jednak tym razem motywacja była zgoła inna. W zrobieniu tego wisiora przyświecał mi inny cel, a możliwość zgłoszenia go do Szuflady stanowi raczej miłe dopełnienie.

Dwa tygodnie temu jeden z moich wisiorów powędrował hen do Holandii – swoją drogą ogromnie stresowałam się tym czy w ogóle dotrze, a później niezmiernie zszokowało mnie w jak szybkim tempie znalazł się u nowej właścicielki. Zapytano mnie jednak czy posiadam więcej prac w odcieniach brązu i niestety… odpowiedź brzmiała nie. Należę do IMG_0060kobiet, które zadają kłam teorii „kobiety lubią brąz” i nie przepadam za żadnymi jego odcieniami :< . Ale że „klient nasz Pan”, pomyślałam, że warto popełnić coś w tych kolorach. Tak powstał jesienny wisior, szybko nazwany karmelowym. Ze śmietanką 😉

Jesienne przesilenie jednak rokrocznie bardzo źle na mnie wpływa i motywacja osiąga poziom dna. Raz po raz, każdym łykiem kawy niczym wiaderkiem próbowałam osuszyć morze, aby wygrzebać z mułu chociaż odrobinę chęci do pracy – było ciężko! I tak, jesienny wisior najpierw odczekał kilka dni zanim dorobiłam mu plecki, a potem kolejne kilka na domontowanie krawatki. Ostatecznie zaś musiał dojrzeć również do „sesji”, których nie znoszę i nigdy nie jestem z nich zadowolona. Ale jest!

IMG_0025Nie byłabym sobą jakbym nie ponarzekała na jakość wykonania, bo oczywiście zawsze dopatrzę się nierówności, ale od biedy mogę się nim pochwalić. Ciągle się zastanawiam, czy nastanie kiedyś dzień, w którym powiem sobie: Miśka, robisz dobrą robotę! Być może kiedyś uwierzę i docenię swoje możliwości, ale bardziej prawdopodobne jest, że w słowa pochwały wplotę gdzieś słowo „relatywnie” i nadal będę próbować poprawić swoje umiejętności 😀

Tymczasem, jeżeli ktoś odwiedzi już też zakurzony blog, jak sami zapatrujecie się na tworzenie prac w brązach? A może wręcz przeciwnie, uwielbiacie ten kolor, zaś inne sprawiają Wam męki? 🙂

Ps, pracę oczywiście, jak już wspominałam, zgłaszam na wyzwanie szuflady pod tytułem Jesień w koralikach i zabierałam się kolejne prace 🙂

ban.wyzwanie

Testowanie z szufladą

IMG_7637Miesiąc temu, miałam przyjemność zostać wybraną przez załogę szuflady do testowania produktów Pasartu. Cieszyłam się chociażby z tego względu, że w zasadzie nie miałam jeszcze okazji pracować z chwostem. Oczywiście nie obyło się bez prucia, jak chociażby wtedy, kiedy zrobiłam wokół chwosta murek z toho treasure, a potem stwierdziłam, że chociaż toho 11/0 nie specjalnie odnajdują się w pyotcie, to przynajmniej kolorystycznie będzie mi się wszystko zgadzać 😀

Największy problem sprawiła mi jednak zawieszka. Najpierw chciałam wkomponować ją w haft koralikowy ozdoby na stopę. Pomysł upadł i myślałam o obrobieniu koła brickiem, ale nierówność wypustek w zawieszce mi to uniemożliwiła. Ogółem – jest to dla mnie najtwardszy orzech do zgryzienia i jednocześnie jedyny element testowania, z którym nadal się mierzę. Sama zawieszka jest solidna i naprawdę ładnie się prezentuję, ale przerosła moje umiejętności. Być może lepiej sprawdziłaby się w sutaszu? Póki co, wykorzystałam już większość elementów i wykonałam dwie prace.

Koraliki natomiast, co nie powinno nikogo zdziwić, usatysfakcjonowały mnie po stokroć 😀 Kolory, tak jak się spodziewałam, były naprawdę śliczne. Najbardziej chyba urzekł mnie róż, który poza paczuszką uzyskuje nieco bardziej mleczny odcień. W połączeniu z fioletowymi koralikami (oba w rozmiarze 8/0) wykonałam ozdobę na stopę, którą na upartego można nosić również na ręce 🙂

IMG_7865

Oprócz wspomnianych, w pracy wykorzystane zostały kaboszony z masy perłowej oraz kilka kolorów toho 11/0 z własnych zbiorów. Dla przymocowania całej pracy na stopie wykorzystałam rzemień, który kilkakrotnie można przewiązać nad kostką. Ogółem – troszkę bałam się stworzenia mniej tradycyjnej biżuterii, nie jest to bowiem kolejny wisior czy bransoleta, ale ostatecznie jestem bardzo zadowolona. Znów spróbowałam czegoś nowego i efekt naprawdę mi się podoba. Myślę o wykonaniu kopii tej pracy, żeby zdobić jednocześnie obie stopy. Liczę na to, że w ciągu kilku dni uda mi się sfotografować pracę w przynależnym jej umiejscowieniu dla lepszego odbioru, a słowo daję – na stopie prezentuję się bardzo oryginalnie. Z pewnością będzie zwracać uwagę ludzi podczas spaceru na plaży 😀

W kolejnej pracy wykorzystałam pasartowe, szare koraliki w rozmiarze 8/0, chwościk oraz rzemień, na którym wisior został zawieszony. Garść spostrzeżeń – chwost, chociaż usilnie starałam się traktować go z dużą dozą ostrożności (nawet murek robiłam z wciąż nałożoną osłonką 😛 ), ostatecznie jego końce zdają się być nierówne. To jednak może być moja wina, ale na pewno nie jest to wielki problem. Prawdopodobnie ostrymi nożyczkami można to łatwo wyrównać, zaś nie zmienia to faktu, że chwościk jest niezwykle przyjemny w dotyku!! Co do rzemienia – bo o koralikach nie będę znowu ochać i achać 😀 ) – pozytywnie mnie zaskoczył. Dla niektórych może się wydawać za cienki, żeby wieszać na nim takie wisiory, ale osobiście jestem zachwycona. Jest bardzo delikatny, a jednocześnie wytrzymały.

Swoją drogą, fotografia tej pracy była prawdziwym koszmarem. Wciąż zbieram się do ponownego obfotografowania, bo chwilowo co najwyżej dwa zdjęcia spełniają moje poczucie estetyki, a i to w stopniu jedynie zadowalającym 😀 Złości mnie to o tyle, że wisiorek naprawdę pięknie prezentuje się na żywo i prawdopodobnie dlatego się z nim nie rozstanę.

Tymczasem, przede mną ukończenie pracy z zawieszką czyli… pot i łzy. Ale jakoś to będzie! Trzymajcie kciuki 😉 Po więcej zdjęć zapraszam na fanpage, gdzie już jutro powinny się pojawić!